środa, 26 sierpnia 2015

Koncert cz. 2

Klimatyzacja w autokarze zatem była, co wcale nie oznacza, że oczekiwanie, a później akcja poszukiwawcza pojazdu nie wycieńczyła mnie. Można powiedzieć, że do autobusu wsiadałem krańcowo wyczerpany i skrajnie odwodniony. Praktycznie nie było już dla mnie ratunku, a nad autokarem zaczęły krążyć sępy. Jedynym pocieszeniem było, że skrzeczały jak Brian Johnson, więc pomyślałem, że lżej będzie umierać słysząc ptaszyska niemal perfekcyjnie śpiewające "Are you ready?!"

Żegnająca się już ze światem moja dłoń, w desperackiej walce o życie zacisnęła się jednak na butelce, a druga, czerpiąc z rezerw energii, zabrała ostatnie skurcze mięśni zasypiającemu sercu i zapalniczką odkapslowała serum. Nie było czasu na powolne dawkowanie kroplówki - organizm potrzebował całej dawki leku natychmiast i ją otrzymał. Organy wewnętrzne zatrybiły, a te niebiańskie zaczęły cichnąć. Sępy zanuciły "Goodbye, goodbye, goodbye and good riddance to bad luck" i odleciały niepyszne (tak naprawdę to nie wiem czy sępy są niepyszne, bo nigdy nie jadłem).

Widziałem, że nie tylko ja wracałem do życia pod wpływem chłodnego powietrza i uderzeniowej dawki cudownego leku. Większość wycieczki słabymi jeszcze głosami dziękowało Bogu, że ich ocalił, ktoś z tyłu poderżnął rytualnie kotu gardło w razie gdyby w autobusie panował tygiel wyznaniowy, a z szóstego rzędu wstał arab i powiedział, że jest bezradny wobec cudu, który tu widział, zabrał ładunek i poprosił żeby go wysadzić na najbliższym skrzyżowaniu...

Nasza sytuacja jednak powoli stawała się nie do pozazdroszczenia. Zaczynało nam brakować dosłownie wszystkiego... no może oprócz klimatyzacji... i jedzenia... i wygodnych foteli... i dobrego towarzystwa. W dramatycznym tempie kończyły się jednak lekarstwa, więc ktoś zaapelował do sumienia kierowcy, do jego człowieczeństwa i obywatelskiej odpowiedzialności. Szofer wysłał nam komunikat o treści "Pomagam" i zjechał do najbliższej apteki. Jakże ona była zaopatrzona! Surowice, syropy, kroplówki, sole trzeźwiące (po cholerę?), napary, suplementy diety i wszystko czego tylko potrzebowaliśmy, aby znów stać się w pełni sprawną jednostką. Obładowani medykamentami wróciliśmy do autokaru. Obładowaliśmy się tak na wszelki wypadek, bo kierowca twierdził, że nie ma za bardzo czasu, żeby odwiedzać wszystkie apteki po drodze. Szofer zyskał też w naszych oczach, kiedy powiedział, że w zasadzie nigdy nie zdradza najgłębszej tajemnicy autobusu, ale dla nas zrobi wyjątek i teatralnym szeptem zakomunikował: "W pojeździe jest toaleta, tylko proszę o korzystanie tylko wtedy, kiedy ktoś musi, bo ma ograniczoną pojemność." Wszyscy doskonale zrozumieli komunikat kierowcy i stanowczo zabronili chodzić kobietom do WC się malować, bo przecież nie muszą (choć ile osób, tyle opinii) oraz ustaliliśmy, że nie chodzimy do kibla parami, gdyż ma ograniczoną pojemność (jakby kiedykolwiek panowie do kibla parami chodzili).

Pod stadion dotarliśmy punktualnie o trzynastej (a bramy otwierali o siedemnastej), więc rozejrzałem się nerwowo, czy tylko ja się czuje jak głupek, pamiętając słowa kierowcy, że się śpieszymy. Prawdopodobnie po prostu szofer miał jakąś fuchę po dowiezieniu nas na miejsce - przewieźć luzem deski pod Grójec albo coś w tym guście. No nic, rzuciwszy okiem na teren widać było, że nie jesteśmy jedyni, którzy w pakiecie z koncertem dostali zwiedzanie stolicy. Ja tam miasta ciekawy nie byłem, więc daleko nie poszedłem... do najbliższej apteki. Zakupiłem trochę syropów, kropelki i coś na wątrobę. Potem obok w spożywczym nabyłem bułki, kiełbasę (bo wszyscy wiedzą jak niebezpieczne są leki na pusty żołądek) oraz jakąś gazetę, żeby wyglądać na inteligenta. Usiadłem niedaleko stadionu na wzgórku, zatopiłem się w lekturze i kuracji, kiedy obok mnie rozsiadła się grupa z Opola. Widać było, że opolskie też nie oszczędziło zdrowia chłopaków, bo mieli ze sobą dużo mocniejsze kropelki od moich. Widząc, że chcą dawkować bez posiłku, krzyknąłem: "Hola! Hola! Panowie! Zdrowie przede wszystkim - proponuję świeże bułeczki i kiełbasę." Oni w zamian zaproponowali rozcieńczoną dawkę leku - nalali syropu do kubeczka i nieco coli (nieco! nawet barwy nie zmieniło). Pociągnęliśmy zdrowo (dla zdrowia) i chłopaki udali się do apteki. Nie zdążyłem ponownie otworzyć gazety, kiedy pojawiła się kolejna grupa - zagraniczni kuracjusze. Po angielsku doszliśmy do tego, że to Czesi. Kiedy dowiedzieli się, że jestem Polakiem, zapytali tylko: "To co się wygłupiasz z tym angielskim?" Po chwili okazało się, że kuracjusze są z Ostravy, więc od razu zaimponowałem im znajomością Banika Ostrava i Jaromira Nohavicy. Też byli fanami. Tak oto na koncercie EjsiDisi unosił się duch czeskiego barda. Ponoć w Ostravie bilety na Nohavicę rozchodzą się szybciej niż na EjsiDisi, to znaczy rozchodziłyby się, gdyby EjsiDisi kiedykolwiek dotarło do Ostravy. Rozstaliśmy się radośnie i zdrowo (a jakże!).

Niedługo potem pojawił się w okolicy mój brat cioteczny z dziewczyną. Nie wyglądali za dobrze, a u mnie w apteczce było już widać dno, więc bez chwili wahania zaprowadziłem ich do apteki, wiedząc jak ważny w takich przypadkach jest czas. Wróciliśmy na ten sam wzgórek. Po dziesięciu minutach skwar zastąpił delikatny wiaterek, a słońce przykryły wesołe chmurki. A minutę później jak nie pierdolnie! W sekundę spadły cztery baseny olimpijskie wody na milimetr kwadratowy stolicy, która przecież już tyle wycierpiała! Nie było już za bardzo sensu się chować, więc na spotkanie rodzonego brata i rodzonego jego syna wyszedłem bojowo, nie prosząc nawet przechodniów o parasol, tym bardziej że nikt nie miał. Za to brat profilaktycznie miał leki na odporność organizmu, więc nie musiałem się martwić o przeziębienie. Przestało padać, nie bardzo wiadomo po co, więcej wody moje ubranie, buty i każda pora mojego ciała nie mogła już przyjąć. Poszliśmy ku bramom i tu mnie olśniło. Mam bilet w bocznej kieszeni spodenek. Tylko, że teraz miałem już tylko to, co kiedyś było biletem. Na bramkach mnie zawrócili do biura koncertu. Pokazałem miłym paniom strzępki mokrego papieru i powiedziałem, że pogoda nie najlepsza przed chwilą była (one stały pod daszkiem, to mogły podczas pogawędki nie zarejestrować). Dziewczyna spojrzała i powiedziała, że luzik, jeżeli tylko znajdę w kieszeniach taki fragment mokrej szmaty, która będzie zdradzała pozostałości kodu kreskowego, to sobie poradzimy. Po dwóch minutach szukania i wykładania na blat coraz to nowszych strzępów, pani powiedziała: "O! Jest!", zeskanowała i wydrukowała mi drugi bilet. Byłem więc już w środku.

Trzeba to było uczcić. Stanąłem w kolejce do punktu medycznego, a tam przede mną bracia Podhalanie, a zaraz za mną - bracia Białorusini. Jedni i drudzy po Polsku raczej słabo... Z tym, że Białorusini perfect po angielsku. Żartuję, górale z polskim radzili sobie świetnie. W tej różnokolorowej etnicznie i narodowo kolejce przegapiliśmy support, za to zdrowsi dotarliśmy na płytę, gdzie za chwilę miała wystąpić gwiazda wieczoru... i... wystąpiła. Kto nie był, niech żałuje. Podobno byli tacy, co narzekali na nagłośnienie. Fakt, Stadion Narodowy to nie Opera w Sydney, ale też i nie dla ekstazy czystego dźwięku jeździ się na koncerty rockowe. Co się wyskakałem to moje, ale podziękowania ekipie z którą miałem przyjemność szaleć się należą. Coraz trudniej znaleźć grupkę ludzi do poskakania pośród manekinów ze smartfonami w górze.

Powrót jak to zwykle bywa - spokojny. Pożegnaliśmy się z bratem łyżką stołową syropu. On wsiadł do busa, ja do autokaru i dawka leków dała znać o sobie zmęczeniem. Obudziłem się pod Łodzią, wysiadłem w Łodzi, pomachałem wesoło uciekającemu mi autobusowi nocnemu i poczłapałem na przystanek czekać na następny.

Zapomniałem dodać, że miałem czerwone, zamszowe buty. Przemoczone, czerwone, zamszowe buty. Stopy też miałem przemoczone i czerwone, tylko nie zamszowe, a zafarbowane. Farba z paznokci zeszła dopiero tydzień temu...

Autorem fotki jest Romana Makówka - antyradio.pl

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza