środa, 30 września 2015

Polityka

Nie lękajcie się! Ej! Nie wyłączajcie jeszcze strony! Nie napiszę ani słowa o zbliżających się wyborach, ani o uchodźcach - o tym możecie sobie przeczytać na przykład... wszędzie. Poczułem za to, że muszę zrobić rachunek sumienia, bo bawiłem się kiedyś w politykę. Na szczęście połapałem się w tym półświatku, zanim przerodziło się to w poważne zaangażowanie, bo w innym wypadku mógłbym dziś być jakimś ministrem albo może biskupem - zależy jakie by tam akurat teki mieli na stanie.

Zupełnie przypadkowo dwa lata przed dwudziestymi urodzinami skończyłem osiemnaście lat. To się czasem zdarza - szczególnie w latach przestępnych. W jednej chwili stałem się dorosły i całe oświecenie globu spłynęło na mnie pełną mocą. Symbolicznie podarłem przerobioną dwa lata wcześniej legitymację - bilet do poetyckiego świata odurzenia (młodzież bowiem rykoszetem padła ofiarą ustawy o wychowaniu przedszkolaków w trzeźwości), a zaraz potem naszła mnie smutna refleksja, że teraz los świata jest na moich barkach (znaczy się na plecach, gdybym wtedy miał flotę rzeczną, to dziś stukałbym w delikatne klawisze z masy perłowej i wpieprzając kruchutką polędwiczkę z mrówkojada, śmiałbym się do rozpuku, że sąsiad zakłada platynowe okna, niemodne już od co najmniej dwóch tygodni).

Tę moją dorosłość czciliśmy ze znajomymi w pewnym domku na pewnej wsi. Po kilku dniach uroczystości jubileuszowych przestałem kompletnie kontrolować, kto pojawiał się, a kto wyjeżdżał. Klasyczna historia - poszła po województwie fama, że pod taką to, a taką szerokością geograficzną jest balet i wystarczy mieć aktualną kartę szczepień, żeby się tam dostać. W pewnym momencie pojawił się On. Gość starszy ode mnie pewnie o jakieś pięć lat, elokwentny, z wielkiego prawniczo-politycznego świata. Ja byłem wtedy zafascynowany polityką - tak ogólnie. W dobie, kiedy wszyscy ślęczeli przed telewizorem, śledząc nieprawdopodobne losy rodu Lubiczów z dynamiczną akcją, pełną zwrotów co trzysta odcinków - ja miałem inną rozrywkę - śledziłem z zapartym tchem kampanie wyborcze. Potrafiłem obejrzeć wszystkie bloki wyborcze w ciągu tygodnia, mimo że zasadniczo zmieniała się w nich tylko kolejność spotów. Potrafiłem na wyrywki cytować hasła, a nawet składać w całość fragmenty audycji różnych partii tak, że mógłbym stworzyć partię chrześcijańskich sodomitów i mieć dla niej gotowy spot. Nie wahałem się zatem długo, kiedy zaproponował mi wstąpienie do partii... nieważne jakiej. Póki co jej program był kompletnie nieistotny. Zresztą sama partia była dość niszowa. Ot taki fragment szerszej koalicji, a później fragment innej, trochę węższej koalicji, która rządzi sobie co jakiś czas Polską (może nawet teraz) i nikt już nie pamięta, co na początku ją tworzyło - taki los planktonu. Moje wstąpienie do partii w żadnym stopniu nie zależało od moich poglądów, czy idei (zresztą mi, jako zupełnie nieradykalnemu osiemnastolatkowi dość łatwo było się poruszać w spektrum ideologii, pasujących przynajmniej do kilku ugrupowań). Przekonało mnie co innego. Przekonała mnie pasja z jaką On opowiadał o... otwarciu nowego biura w centrum biznesowym, które będzie niemal całą dobę dostępne wyłącznie dla młodych, a tylko od czasu do czasu będą wpadali sobie pogadać starzy. Biuro będzie podpięte pod bankową sieć internetu... I to wystarczyło! Meta na mieście z szybkim internetem (w czasach, kiedy internet w domu był dość sporą ekstrawagancją - u mnie pojawił się dopiero rok później chyba). I tak to się zaczęło - od całych wieczorów spędzanych po szkole w biurze. Jak to brzmiało! "Nie mogę się dziś z tobą spotkać Heleno - muszę lecieć do biura" (to działało!). Nie dodawało się Helenom, że lecę do biura siedzieć na czacie w dymie papierosowym (bo mogliśmy palić w biurze, co było kolejną zaletą polityki - mogłem palić i wracać do domu niepodejrzewany o palenie, bo przecież w biurze jarają i dlatego czuć ode mnie fajki). Wymyśliłem sobie nawet taki image, że nawet do szkoły zacząłem chodzić w marynarce i z zajumanym ojcu, nieużywanym przez niego eleganckim neseserem. Ja wiem - szczyt debilizmu, ale wtedy jakoś w lustrze widziałem poważnego polityka, zamiast tego, co tam naprawdę było - czyli komicznego chłopczyka. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że obecnie spoważniałem i jak mam włożyć garnitur, to chory jestem już tydzień przed.

Tak się kręciło. Partia była kanapowa, zaś sekcja młodzieżowa mocno rozrywkowa, do tego stopnia, że zdarzało mi się grzeszyć z moją ówczesną dziewczyną na stole konferencyjnym, co pozostało miłym wspomnieniem do dziś. Nie bez przyczyny jednak powstało to piękne biuro w eleganckim centrum. Coś się kroiło. Okazało się, że partia ma dołączyć do nowego ruchu, który ma w przyszłości zgarnąć cały tort. Zaczęła się zabawa. Naszym mentorem i sponsorem był "spadochroniarz" ze Szczecina i cała gra toczyła się o to, żeby przejąć władzę w strukturach nowej partii, zostawiając w czarnej dupie wszystkich polityków lokalnych, którzy ją de facto stworzyli. Nowa jakość ruchu objawiała się bowiem w tym, że miejsca na listach wyborczych przyznawano na podstawie prawyborów. I myśmy naszego spadochroniarza na kompletnym luzie wyprowadzili w peletonie na czoło, a później wprowadzili gnojka do parlamentu. Ja zostałem prezesem koła młodzieżowego partii (kurwa jak to brzmi!), więc miałem za sobą realną siłę kilkudziesięciu głosów w ugrupowaniu, byłem ważny! Wtedy właśnie zobaczyłem na czym polega polityka. Polega na tym, że młodzi frajerzy to już kilkadziesiąt głosów, wójt pewnej gminy, który w ciągu dwóch dni może zapisać do partii kilka wsi i przywieźć je autokarami na prawybory, to już potęga, kilka innych takich numerów - to już wygrane prawybory i kompletnie nieznany gość z drugiego końca Polski zostaje najważniejszym politykiem w regionie. Dziś nawet nie wiem w jakiej on jest partii, ale co jakiś czas mi się na ekranie przewija - a to jako poseł, a to jako szef jakiejś agencji, czy instytutu. Zawód - polityk. Miły człowiek, który w momencie ogłoszenia wyników wyborów, kiedy się okazało że dzięki pracy mnóstwa ludzików, został posłem, przestał nas rozpoznawać na ulicy. Mnie się już wtedy odechciało na zawsze bycia politykiem. Obejrzałem sobie od środka kilka partyjnych zjazdów, wielkich konwencji. Siedziałem przy stołach prezydialnych z takimi sławami, jak polityk, co to miał być premierem, a skończył wyjebany przez Niemców z samolotu. Jarałem szługi z panią minister finansów (Jak ona jarała! Ja nie zdążyłem się zaciągnąć, a ona już zaczynała trzecią paczkę). W tym całym objazdowym cyrku, w całym tym grajdole wielkich Polaków (przynajmniej w ich mniemaniu) nigdy, ale to NIGDY nie usłyszałem słowa o tym, co można i trzeba zrobić dla kraju i jego obywateli (no chyba, że zapalało się światło kamer, to strumień wielkiej idei naprawy Rzeczypospolitej zapierdalał z każdego otworu tych klaunów). Sto procent czasu poświęcanego przez tych ludzi na spotkaniach to knucie - jak wydymać kolegów z partii, jak wykiwać przeciwników z innych partii, jak strategicznie obsadzić regiony, żeby żaden niepotrzebny ideowiec nie fikał itd. Smutne, że to specyfika każdej partii, nie ma świętych.

Jednak w całym tym politycznym syfie zdarzały się historie niezapomniane. Do końca życia jak tylko mnie najdzie zły humor, to przypominam sobie jedną i rechocze jak głupek sam do siebie. Zbliżały się wybory parlamentarne, zaplanowane na 23 września 2001 roku. We wrogim nam obozie był młody kandydat na posła. Nazywał się Tomasz Matan (zdradzam personalia, bo bez nich historia nie ma sensu). Ów młodzieniec doznał objawienia i wymyślił najzajebistsze hasło wyborcze na całym świecie. Brzmiało ono "Tomasz Matan - zbudujemy nasz Manhattan" i obkleił nim całe miasto. Życie jednak bywa przewrotne i 11 września 2001 roku dzięki pewnej bliskowschodniej organizacji hasło Tomka legło dosłownie w gruzach. Tomek posłem nie został...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza