poniedziałek, 21 września 2015

Płyta

Tak właściwie to moja przygoda z kupowaniem muzyki nie zaczęła się od płyty. No może trochę, bo brat kupował analogi i w jakiś magiczny sposób zawsze wymyślił sposób żeby mu się do tych płyt dorzucić. Taki ZAiKS kuźwa - mieszkasz ze mną w pokoju i siłą rzeczy słuchasz tych płyt, to płać. Taki sam jednak miałem wtedy wpływ na kupowane płyty, jak obecnie na dystrybucję moich podatków. Realny wybór kupowanej muzyki uzyskałem dopiero jako dziecko w szkole podstawowej...

Będąc bowiem w szkole podstawowej, zaczęliśmy jeździć na szkolne wycieczki. Takie tam standardowe jednodniówki do Białowieży albo innej Łomży. Owszem, żubry, bobry, kościoły, ruiny i inne atrakcje były fajne, choć później uświadomiłem sobie, że przewaga kościołów pośród atrakcji była niebezpiecznie znaczna, a to ze względu na skład osobowy kadry nauczycielskiej. Każdy jednak jako dziecko skazany był na zwiedzanie obiektów według prowieniencji pedagogów. Jedni zwiedzali komitety centralne, inni znaczące dla regionu puby, my zwiedzaliśmy kościoły. Tak na marginesie później już jako prawie dorośli w szkole średniej doświadczyliśmy absurdu, kiedy to dyrektor kazał naszej kadrze przed wycieczką w słowackie góry wykazać, że wyjazd będzie miał wymiar edukacyjny dla przyszłych elektroników, bo inaczej nie wyrazi zgody na wypad. Zatem te biedne, drobne dziewczyny i chłopaki (anglistka, malarka - opiekunka świetlicy i najbardziej zajebisty katecheta od wychowania seksualnego jakiego poznałem) musieli na biegu organizować w drodze powrotnej zwiedzanie fabryki kabli czy czegoś tam innego, przez co pływa prąd. 

W każdym razie kościoły były spoko, ale w wycieczkach chodziło o coś innego. O szmal chodziło! Gra się toczyła o niewyobrażalne pieniądze, czasem nawet do pięciuset tysięcy (niestety było to pińcet sprzed denominacji). Rodzice zawsze dawali jakąś kasę na drobne wydatki i to był gwóźdź wycieczki. Na co to ludzie nie przewalali tych pieniędzy. Deska do krojenia z Białowieży i dwadzieścia gum turbo, oryginalna góralska ciupaga z Łomży i piętnaście napojów w woreczku, rzeźbiony po pijaku żubr i tyle lodów calypso, żeby się porzygać w autobusie. Zaiste przepych i rozpusta wylewała się aż z dziecięcych, niewinnych plecaczków. Ja kupiłem deskę do krojenia raz, po czym mama mi powiedziała, że jak mam takie badziewie na wycieczkach kupować, to lepiej żebym przehulał te pieniądze na frytki. Ta nauka została mi na całe życie. Nie kupuję żadnych pamiątek z odwiedzanych miejsc. Z każdej następnej wycieczki przywoziłem więc kasety z bazaru - prawie oryginalne. Znaczy mi się wtedy wydawały oryginalne, ale początkujący kapitalizm z zapałem robił mnie w wała, artystów zresztą też. Nie przeszkadzało mi to - dla mnie kasety były oryginalne, a taka świadomość jest ważniejsza od rzeczywistości - to tak jak z przebiegiem kupowanego auta, grunt żeby uwierzyć w te sto sześćdziesiąt tysięcy, po co sobie dokładać zmartwień. 

Tak zacząłem kupować muzykę. Pierwszą kasetą był singiel "Jump in the fire" Metalliki i to pamiętam na pewno. W późniejszym okresie przerzuciłem się na płyty CD, wtedy już świadomie kupowałem oryginalne... a czasem świadomie pirackie. Z kilkuset płyt najbardziej pamiętam te, które dostałem lub te, które kupowałem bratu na różne okazje. Sam na przykład nigdy bym sobie nie kupił "Ande la more" Maleńczuka czy "Shades of God" Paradise Lost (a to od tej płyty zacząłem ich na przykład słuchać), 

To wszystko jednak to tylko wstęp do tego, że jakiś czas temu prawie przestałem kupować płyty. Ot większość płytoteki mam w wersji cyfrowej, w samochodzie też wygodniej z pendriva słuchać, niż wozić cały schowek nośników. Jednak kiedy nową płytę zapowiada Iron Maiden, to nie honor ściągać albo się szlajać po youtubach. Zupełnie niespodziewanie obudził się we mnie nastoletni fan i jak głupek czekałem na tę premierę. Z wypiekami na twarzy zamówiłem sobie płytę w wersji deluxe w opakowaniu stylizowanym na księgę. Tydzień przed premierą ją zamówiłem. Od oficjalnego partnera Iron Maiden w dystrybucji płyty sobie zamówiłem. W garnitur się ubrałem jak ją przez internet zamawiałem. Psu nałożyłem maskę Eddiego jak tę płytę zamawiałem. Dzieci ubrałem w czarne piżamki, zanim sobie ten album zamówiłem. Żonę przepytałem z całej dyskografii, żeby podczas zamawiania wstydu nie było. Tak ją zamawiałem! 

Przez tydzień odcinałem kolejne paski z centymetra krawieckiego. Specjalny zegar elektroniczny na ścianie odliczał czas pozostały do premiery. Córki nie dały dzielnie po sobie poznać, że to co im puszczam w telewizorze przez ostatnie dni, to wcale nie jest Peppa, ale cierpliwie to znosiły. Czekałem... 

Nadszedł dzień premiery. Zawiozłem dzieci do placówki, kłamiąc im w żywe oczy, że to czego słuchamy w samochodzie to przeboje rybki MiniMini. Założyłem surdut, żona wdziała barokową suknię i pojechaliśmy do galerii, do oficjalnego partnera Iron Maiden w dystrybucji płyty. Weszliśmy. Rzuciłem ochroniarzowi płaszcz i cylinder, po czym poszedłem obejrzeć wystawkę z premierowym albumem. Piękna - płyty zwykłe, deluxe, analogi, kubki - miodzio. Pewnym krokiem udałem się do kasy i poprosiłem o moją płytę. Pan przekartkował druki przesyłek i przywalił mi w mordę na odlew: "Pańska płyta będzie za trzy dni. Zapraszamy." Zapytałem czy ja dobrze zrozumiałem komunikat: "Chce mi pan powiedzieć, że mogę sobie wejść dzisiaj do sklepu, wziąć płytę z półki i dokonać zakupu, a nie mogę odebrać płyty, którą zamówiłem jako pre-order tydzień przed premierą, tak żebyście mieli czas ją wypucować, pogłaskać, zaadresować, wsadzić w ozdobne opakowanie, załadować na tira i przywieźć do sklepu razem z innymi płytami, które tu radośnie stoją?". "Pańska płyta będzie za trzy dni. Zapraszamy." Przyjął kurwa taktykę automatu i mogłem sobie pogadać. Otarłem łzy, wyszedłem i wróciłem po trzech dniach z zaciśniętymi zębami odebrać płytę. Nie byłem niegrzeczny, ale oficjalny chłód to wszystko na co mnie było stać w kwestii uprzejmości tego dnia. 

Humor poprawił mi się, kiedy dostałem w drodze powrotnej smsa, w którym sklep prosi mnie o entuzjastyczną opinię na jednym z portali z opiniami. Oj wysmażyłem ja opinię. Powinienem co najmniej wierszówkę z tego dostać, taki to był tekst. Oczywiście się nie ukazał, bo niezależne portale z opiniami są w swej uczciwości tak daleko posunięte, że jak uczciwie obiecują za pieniądze sklepowi, że nie będą puszczać negatywnych opinii, to słowa dotrzymują. Tak więc z tego miejsca sieci sklepów zaczynających się na "E", a kończących się na "K", chciałbym powiedzieć kilka słów, wszystkie zaczynają się na "k"...

A płyta jest zajebista. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza