czwartek, 19 listopada 2015

Wujek

Różni wujkowie są na świecie. Są tacy, których kojarzymy, bo przychodzą do taty i później tatuś tak śmiesznie się odbija od ścian. Są tacy, których kojarzymy, bo przychodzą do mamy i później mama daje nam cukierki (a jak byśmy zażądali to i tropikalną wyspę) za to, żebyśmy nie kłopotali tatusia istnieniem tegoż wujka. Są tacy, których kojarzymy, bo się zawsze nawalą na weselu i udają, że techno to ich drugie imię. Są też tacy, bez których życie traciłoby spory odsetek swojej wartości. Ja mam takiego wujka... miałem.


Na początek ostrzeżenie. To może nie być typowy wpis dla tego bloga (nie wiem jeszcze, bo nie mam pojęcia jak się ta historia rozwinie w dalszych linijkach). Sporo piszę o swojej prywatności i naprawdę przynajmniej od trzech do dziewięćdziesięciu procent tego, co się tu ukazuje, jest prawdą. Dzisiaj jednak będzie mocno osobiście (co przynajmniej jeden czytelnik potwierdzi). 

Jeżeli miałbym jakoś określić wujka i jego wpływ na życie mojej rodziny to tylko jedno przychodzi mi do głowy - capo di tutti capi. Można było wieść spokojny, niczym nie zakłócony żywot. Można było sobie zaplanować oglądanie "Dynastii". Można było powiedzieć: "Pieprzę. Dziś nic nie robię i choćby sam Pierwszy Sekretarz w asyście swoich motywatorów z Krainy Deszczowców stanął w drzwiach i wzywał na wykopki - nie ruszę się kurwa i już!". Można było... Ale kiedy dzwonił wujek Romek, to nikt się nie pytał czy to wykopki, czy inwazja na pozornie odległą galaktykę. Należało wstać, ubrać się i przystąpić do realizacji planu wujka. Oczywiście można było mieć zdanie przeciwne niż wujek. W końcu dziś premier też możne mieć zdanie przeciwne niż prezes, tylko po co i jak długo? 

Najlepszym przykładem mobilizacji była działka. Typowa działka w obrębie Pracowniczych Ogródków Działkowych imienia Feliksa Dzierżyńskiego (patronów to Oni umieli dobierać - przedszkole imienia Józefa Stalina, dom kultury imienia Ławrientija Berii i działki imienia Dzierżyńskiego - tacy dowcipnisie). No może nie do końca typowa działka, bo dziadek jakimś sposobem uczynił, że była to działka dwa razy większa niż inne. Dwa razy większa działka, to dwa razy więcej roboty, więc potrzebne były dwie rodziny do pieszczenia krzaczków i grządek. Zatem dziadkowie, rodzina wujka i rodzina mojej mamy (czyli ta mi najbliższa, w której skład chcąc nie chcąc wchodziłem i chcąc wchodzę nadal) co sobotę (albo i częściej, grunt żeby temperatura przekraczała +2 stopnie i opady nie wynosiły więcej niż milion litrów na milimetr kwadratowy) stawiała się na całodzienną działkową orkę. Tak naprawdę to było super fajnie - dla dzieciaków kupa zabawy, dla dorosłych też (W końcu dlaczego na działkach kiedyś miałoby się robić coś innego niż dziś? Z tym, że wtedy do wódki zamiast grilla było kopanie na grządkach). Wujek z dziadkiem tak ukochali tę działkę, że po ich śmierci mój ojciec, który przejął rolę gospodarza na włościach, jeszcze przez wiele lat bał się (tak myślę) cokolwiek zmieniać, żeby go piorun gniewu wujka nie pieprznął. Koniec końców działka i tak została w ponad połowie zasiana trawą i służy jako podstawka do grilla i plac zabaw dla dzieci, ale kilka grządek zostało - tak na wszelki wypadek, żeby piorun nie pieprznął. Zresztą zawsze jak spotykamy się na grilla i zaczyna się chmurzyć, to mam wrażenie że wujek mówi: "Ja wam kurwa pogrilluję przed podlaniem truskawek!" 

Wujek miał nieodłączną towarzyszkę życia, bez której w ogóle trudno było wyobrazić sobie jego osobę - żółtą Syrenę 105 - jedyny samochód w szerokiej rodzinie. Kto kiedykolwiek siedział w syrence, ten nigdy nie zapomni tego zapachu i wykończonej bursztynem gałki drążka skrzyni biegów. Dzięki królowej szos były możliwe akcje typu - jedziemy na lody do Zabłudowa (najlepsze lody w województwie - kij tam, że dwadzieścia kilometrów za Białymstokiem). Wszyscy brali termosy i jechaliśmy kupować lody. Albo spontaniczne wyprawy nad rzekę (do dziś pamiętam, jak wujek do kanapek dawał pomidory, których nienawidziłem - nienawidziłem i jadłem bez słowa skargi - charyzma wujka nikogo nie oszczędzała). Syrenka woziła nas też na wieś, na wczasy. Znaczy woziła głównie bagaże, zapakowana po dach (i dach też zapakowany), a nas odbierała później z dworca odległego kilka kilometrów od wsi rzeczonej. Któregoś razu wujka i mojego ojca (który wówczas zarośnięty był tak, że dzisiejsi drwaloseksualni mogliby pozazdrościć), wracających z owej wsi, zatrzymała milicja i od razu poznała się na tatusiu (zwykły facet, tylko wyglądał jakby się ożenił ze sztalugą). Grzecznie zajrzeli do auta i widząc ojca pytają: "Mistrzu. Co obecnie malujemy?" - tato nieco przymroczony trudami urlopu odpowiedział "Ostatnio głównie ściany". Popatrzyli jak na wariatów i pojechali w stronę zachodzącego słońca. 

Wujek miał jeszcze jedną miłość, którą odziedziczyłem. Mianowicie z dziadkiem i ojcem spotykali się regularnie grywać w szachy (razem z całą tą płynną otoczką, która szachom zazwyczaj towarzyszy). Mieli swoje tabele punktowe, ręcznie zrobiony zegar i sześćdziesiąt cztery czarno-białe pola, po których można przestawiać figurki setki lat i nigdy się nie powtórzyć. Do dziś z moim bratem kultywujemy tę tradycję i ilekroć się spotykamy, to według tego samego szachowo-płynnego schematu. Tylko tabeli wyników nie prowadzimy. Czas zacząć...

Złoty to był człowiek. Charyzmatyczny, czasem despotyczny, ale nie było dla niego rzeczy niemożliwych, kiedy szło o dobro rodziny. Nie da się zapomnieć jego pucułowatej twarzy. Za to zapomniałem już dawno jego chudą twarz z ostatnich miesięcy życia. Bo wujek niedawno zmarł. Dwadzieścia pięć lat temu na raka płuc.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza