środa, 4 maja 2016

Darowany koń cz.1

To miała być zupełnie inna majówka. No przynajmniej trochę inna majówka niż wyszła. Mieliśmy w planach takie niebywałe atrakcje jak karmienie kaczek w parku, czy też nie mniej emocjonujące "coś się wymyśli". W życiu jednak bywa tak, że różnie może być (ja myślę, że to trzeba sobie zanotować do zeszytu "Słynne oczywistości na każdą okazję - poziom 2. - ameba lekko opóźniona w rozwoju powtarzająca trzecią klasę". Takoż i w naszym przypadku różnie się wydarzyło.

Znacie pewnie z praktyki te wszystkie perfekcyjne plany weekendowe albo co gorsza urlopowe, kiedy to macie już zatankowane auto, plan podróży zaplanowany z dokładnością do jednego hot-doga, harmonogram pobytu dopieszczony tak, że jakby go Tony Halik zobaczył, to tylko gwizdnąłby z zachwytu i powiedział "Good job you bastards!". Kiedy przychodzi dzień wyjazdu, budzicie się skoro świt, wychodzicie na balkon i pierwsze promienie słońca liżą ciepłymi języczkami waszą uśmiechniętą buzię, idziecie obudzić dzieciaki, a jedno z nich właśnie dostało ospy albo innej cholery. Wyć się chce wtedy nieprawdaż? Czasem jednak karta się odwraca. Los, który nas spotkał podczas majówki przywitaliśmy w niedzielę rano słowami "Przybij piątkę ty przewrotny sukinsynu!". Ale od początku...

W sobotę w nocy wróciłem z turnieju. Żona w takich przypadkach jest zazwyczaj miłosierna i jak dzieci się budzą, to je gdzieś w zakątkach mieszkaniowych ogarnia, psa na spacer bierze, bo to głupie bydlę, które przez sześć lat się nie nauczyło z toalety korzystać. a przecież specjalnie zamontowaliśmy deskę wolnoopadającą, żeby mu na łeb nie leciała, spłuczkę na przycisk wstawiliśmy, żeby mu łatwiej było, nawet kostkę toaletową o zapachu kota w pięciu smakach zawiesiliśmy, żeby go przyciągnąć do kibla. Nic. No musi na podwórku sikać - taki z naturą zżyty. Zatem Żona bierze go rano na odprysk, a ja mogę się wyspać. No złego słowa na Żonę powiedzieć nie mogę (a po kilku solidnych karach to już nawet nie chcę). Tym razem jednak coś po ósmej chyba weszła do sypialni w celu komunikowania się ze mną. Zadzwonił do niej koło szóstej ojciec (wyszedł z założenia, że dobre wiadomości trzeba przekazywać natychmiast) i powiedział, że w wyniku zbiegu różnych okoliczności medyczno-kulturalnych (nie pytajcie) nie może z kuzynem jechać na koncert, na który polował od dobrych kilku miesięcy i jeżeli załatwimy opiekę do dzieci, to może nam te bilety dać i jeszcze wyprawkę paliwową dorzuci. Żona zadzwoniła do niego pięć minut później i zapytała czy nie zająłby się dziećmi, bo mamy okazję jechać na koncert... To byłby dobry numer, ale tak naprawdę to podczas pierwszego telefonu sam to zaproponował i jeszcze zgodził się psa w pakiecie wziąć. Prześledźmy jeszcze raz co się wydarzyło. Dostaliśmy propozycję zabrania nam dzieci na dwa dni (my tam się nie opieramy i nikt ich nam wyszarpywać z ramion nie musi, sami na skrzydłach dowieźliśmy). Dostaliśmy bilety na Status Quo, Guano Apes, Within Temptation, Dragonforce i Dżem. Dostaliśmy wolność i nie musieliśmy przy tym organizować żadnego marszu. Czy długo rozważaliśmy propozycję? Kwark, biorąc pod uwagę jego życie, powiedziałby że całe życie. Spakowaliśmy dzieciarnię, psa i pojechaliśmy w te pędy do teściów, żeby im nie dawać czasu na rozmyślenie się. 

Jakieś dwie godziny później płynęliśmy ekspresówką do Wrocławia. Niech Dobry Manitou wynagrodzi do siódmego pokolenia tych, którzy tę drogę budowali. Nie chcę wiedzieć kto i jakie łapówki przy tym wziął, ile przekrętów zrobił i czy więcej jest naszych polskich, patriotycznych, wyklętych zakrętów w prawo, czy lewackich w stronę tęczy. Grunt, że droga do Wrocławia przestała być przedzieraniem się przez tereny zabudowane, przemykaniem od krzaka do krzaka, żeby fotoradar nie złapał (a na tej drodze fotoradarów było więcej niż Biedronek, a wszyscy dobrze wiemy, że niczego nie ma u nas więcej niż Biedronek!). Jedzie się teraz naprawdę git. Po szesnastej wjechaliśmy do Wrocławia. Po raz pierwszy moja stopa miała stanąć w tym mieście (chyba - znaczy pierwszy raz chyba, a nie chyba mieście), ale fanfar przy wjeździe nie było. Widać przeoczyli. Teść jako regularny bywalec Wrocławia dał mi szereg wskazówek na temat poruszania się po tym mieście i parkowania w nim. Problem polega jednak na tym, że moja orientacja w terenie jest tak wysoce rozwinięta, że do pierwszej pracy w Łodzi, do której docierałem samochodem, jeździłem przez miesiąc z nawigacją. Jak już po stu przejazdach zapamiętam jakąś drogę, to mogę ją każdemu fotograficznie opowiedzieć i być świetnym przewodnikiem. Niestety, zanim nie zapamiętam, to jestem w stanie się zgubić nawet w mieszkaniu, w którym jestem po raz pierwszy. Do znalezienia miejsca parkingowego zastosowałem więc sprawdzoną metodę - kiedy nawigacja wskazywała kilometr do celu, zacząłem się rozglądać za miejscem i zaparkowałem na pierwszym, które znalazłem. Później idąc w stronę hali, dyskretnie rzucałem pestki dyni na chodnik, żeby wrócić bezpiecznie z powrotem. Skręciliśmy zatem w Skłodowskiej, a po ośmiu minutach natrafiliśmy na żółtawy most - jedyny punkt który zapamiętałem z teściowego opisu (choć później idąc tędy po raz drugi, coraz więcej detali się zgadzało, teść tłumaczył całkiem dobrze). Minęliśmy most i za chwilę ujrzeliśmy Halę Stulecia. To trzeba było oblać. Szybko obliczyłem, że nie wyjedziemy stąd wcześniej niż za siedem godzin, więc jedno piwo mogę strzelić spokojnie, później zostanie już tylko rozpacz i wspomnienie... 

ciąg dalszy nastąpi - szybciej niż później

Fotka pochodzi ze strony polskazdrona.pl

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza