poniedziałek, 27 czerwca 2016

Transakcja

Kiedyś już Wam pisałem, że historie moich aut zazwyczaj wymykały się takim banalnym schematom jak: kupił, pojeździł, sprzedał, koniec opowieści. Ich życie w moim posiadaniu układało się raczej jak w scenariuszu sześćsetnego odcinka dowolnej telenoweli, czyli siadał scenarzysta z kubkiem kawy i szukał natchnienia. Nic. Wymyślił już przecież wszystko. Spuścił na każdą rodzinę i singla wszystkie znane i nieznane plagi, obdarował każdego bez wyjątku sensacyjnymi dobrami. Co tu jeszcze jest do dodania?

Wciągał więc ścieżkę kokainy i dalej nic. Przecież ćpa od dwusetnego odcinka, więc przerabiał już nawet portal międzywymiarowy na Pradze Północ, z którego losowo wychodziły demony, czerwonoarmiści i jednorożce przebrane dla niepoznaki za sklepy wielkopowierzchniowe. Portal mogła zamknąć tylko prawdziwa miłość między gimnazjalistami, więc wydawało się, że materiału jest przynajmniej na najbliższe dwadzieścia lat, ale po stu dwudziestu odcinkach, w akcie desperacji wykrzyknął "Nie dam rady!" i w końcu napisał tę miłość, co portal zamknęła. A dziś znowu nic... nawet autowidol podany dożylnie podsunął mu jedynie pomysł, żeby Krystyna potykając się o próg między przedpokojem a sypialnią, wyrżnęła łbem o podłogę, robiąc dziurę do magla, co był piętro niżej, a okazał się być podwarszawską siedzibą Beliala. I nagle... A jakby tak włączyć do fabuły samochód z nietypową historią? I to właśnie zawsze był mój samochód...

To było z siedem lat temu. Żywot Hondy brutalnie zakończył ukraiński tir i w rodzinnym, narzeczeńskim gospodarstwie nastąpiło bezaucie. Nawiasem mówiąc to dość niepokojące, że cienka linia istnienia Matiza została przerwana przez niemieckie auto, Hondę zabili Ukraińcy, a zamach na forda przeprowadzili Czesi. Czy to się nie nadaje do jakiejś komisji? Może by Antoni dla rozgrzewki zbadał moje katastrofy, zanim się weźmie za poważniejsze historie? Spisek, nie spisek - Honda była trupem (choć jak znam życie ten Frankenstein, co kupił wrak, sprzedał go jeszcze jako wyjątkowo zadbane auto od niepalącej staruszki, która jeździła nim do kościoła, w dodatku tylko w lata przestępne, w czwartki, jak akurat wypadało, że to szesnastego...). Zaczęliśmy poszukiwanie kolejnego auta. Ustaliliśmy z Wtedy Jeszcze Narzeczoną Albo Nawet Chyba Wciąż Tylko Dziewczyną podstawowe parametry jakie powinien mieć nasz nowy pojazd. Jako, że byliśmy wymagającymi, wytrawnymi kierowcami, to ze szczegółowego zestawienia wyszło, że auto ma być żółte. Nic więcej precyzyjnie się nie wyklarowało. Traf chciał, że będąc w moim rodzinnym mieście, napomknęliśmy szwagrowi, co to umie w samochody, że szukamy. Akurat szwagra kolega sprzedawał megankę coupe, tylko jak to szwagier określił: "Pojazd ów posiada jedną, dyskwalifikującą wadę. Jest żółte...". Ha haaaa! Wiedzieliśmy, że meganka już jest nasza, choć jej właściciel jeszcze nie wiedział nawet o naszym istnieniu. Mówiąc szczerze nawet specjalnie się nie wgłębialiśmy w jego stan i historię, bo człek był zaufany, więc odpadała nam cała żmudna procedura sprawdzania tych nieistotnych detali typu wypadkowość, pukanie, stukanie, kręcenie licznika i tym podobnych zwyczajowych gierek między kontrahentami. Auto było żółte, sprawne i jak ktoś nigdy nie uprawiał sportu, to śmiało mógłby rzec, że sportowe.

Nasz nowy nabytek miał bajery niespotykane nigdzie indziej. No może spotykane. Wszędzie, tylko nie w naszych poprzednich autach. Na przykład po raz pierwszy w życiu staliśmy się posiadaczami samochodu, z którego nawiewów wydostawało się zimne powietrze. I to nie tylko w zimie! Kiedy wracaliśmy w lipcowe popołudnie do Łodzi i włączyliśmy klimę, poczuliśmy się dość konkretnie orżnięci. Przez gościa, który nam Hondę sprzedawał i udało mu się nas przekonać, że szyberdach w niczym nie ustępuje klimatyzacji. Tak, a kamienie w niczym nie ustępują granatom. Do pewnego momentu...

Nie mniejszą radość wzbudzał we mnie pilot do centralnego zamka. Przez pierwsze dwa tygodnie zamykając auto patrzyłem po oknach sąsiadów z dumną miną, mówiącą: "Widzieliście jak mruga? Widzieliście?". Pilot przestał mnie bawić w dniu, w którym wymieniałem akumulator, bo akurat ten który był w renówce od nowości, w pewnym momencie zaczął się nadawać jedynie do zasilenia tej żarówki, która podświetlała kontrolkę od rozładowanego akumulatora. I jakoś tak wymieniałem tę baterię, że się samochód zablokował na amen, rozkodował się w każdym miejscu, w którym mógł się rozkodować, a pilot zachował jedną funkcjonalność. Na przyciśnięcie czegokolwiek reagował błyśnięciem takiej czerwonej, śmiesznej diody. Śmiesznej kurwa...

Nie ma co jednak narzekać, bo to całkiem komfortowe auto było. Dla dwóch osób bez skłonności do pakowania się w cokolwiek innego niż kosmetyczka. Jak ktoś chciał usiąść z tyłu, to też nie było dramatu. Wystarczyło nieco unieść prawe kolano, omijając przy tym sprawnie ucho, a lewym biodrem zaprzeć się o spinkę od pasa bezpieczeństwa i całkiem wygodnie można było podróżować. Nawet trzysta, czterysta metrów nie powodowało uciążliwości. No nie było to długie i szerokie auto, ale za to było niskie, więc nasz kolega, który ma 190 cm wzrostu nie był w stanie się zmieścić ani wzdłuż, ani wszerz, ani po przekątnej. Dopiero w bagażniku dachowym czuł się komfortowo i od razu miał przedsmak drogi do wieczności.

Ogólnie jednak byliśmy z Megi zadowoleni. Do ślubu sobie pojechaliśmy, wypadków nie mieliśmy. Nawiasem mówiąc było to jedyne auto póki co, które postanowiliśmy po prostu sprzedać, a nie rozpieprzyć na pograniczu fantazji, głupoty i brawury (swojej i innych). Znaczy wiecie... Po prostu sprzedać. To się tak mówi...

Skoro założyliśmy rodzinę, to wiadomo było, że kupeta nie antylopa - dziecka nie powozisz. Trzeba było zawczasu pomyśleć nad czymś co zmieści rodziców, dziecko, psa, wózek i bagaże. Renówka mieściła tylko rodziców. I tylko tych nie w ciąży... Wystawiliśmy więc żółtą strzałę na sprzedaż. Nawet się klientka trafiła. Wszystko cacy, bo też i wszystko ładnie opisałem w ogłoszeniu, a że ja akurat nie umiem w cwaniakowanie, to się słowo pisane z rzeczywistością pokrywało. O mały włos co prawda bym słono zapłacił za to, że czekałem na klienta. Miał przyjechać ojciec z córką, to postawiłem auto na wylocie spod wieżowca, wzdłuż innego wieżowca. Wzdłuż tego drugiego wieżowca był zakaz zatrzymywania, bo tak sobie jakiś myśliciel z bloku wymarzył, to mu postawili. Postawiłem auto o godzinie x, bo o x+6 minut miał przyjechać klient. O x+3 minuty myśliciel zawołał straż miejską, która zostawiła mi eleganckie zaproszenie za wycieraczką na niedzielę koło osiemnastej. Pojechałem do ich siedziby i pyta mnie pan mundurowy, co on ma ze mną zrobić. Powiedziałem mu, że jest niedziela, trzydzieści stopni, osiemnasta, a ja o suchym pysku, bo do was musiałem przyjechać. Mała kara? Zgodził się ze mną absolutnie i puścił mnie wolno. Ludzkie panisko.

Grunt, że dogadałem się z kupcem. Cena pasowała obojgu. Pozostał mały detal. Kiedy kupowałem auto, kolega mojego szwagra zapewnił mnie, że rozrząd był wymieniany dziesięć tysięcy kilometrów wcześniej, więc zgodnie z moją wiedzą to samo powiedziałem nowej dżokejce meganki. Skoro jednak nie miałem na to kwitów, to napisałem jej oświadczenie, że rozrząd był wymieniony przy takim to, a takim przebiegu. Zgadnijcie co się stało po tygodniu użytkowania przez szczęśliwą nabywczynię?

A że nie umiem być sukinsynem, to oddałem jej połowę kasy za remont silnika. Chyba lepiej finansowo wychodziłem na autach, które kończyły żywot przedwcześnie...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza