środa, 6 lipca 2016

Blood Brothers cz.1

Żeby dobrze zrozumieć, co się wydarzyło w miniony weekend, musimy się cofnąć w czasie do wydarzeń, które wyryły się w moim młodym, niewinnym, czystym, szlachetnym, bijącym mniej więcej siedemdziesiąt razy na minutę serduszku. Zdarzenia, które niczym młot ze stali o niskim współczynniku chropowatości uderzały w plastyczną podkowę młodzieńczej postawy, którą podkuwano kopyto napędzające ducha i ciało nieukształtowanego jeszcze człowieka, by szczyty i kobiety zdobywał...


Siedemnaście lat wcześniej...

- ...no to do poniedziałku.

Wybaczcie, tylko tyle zapamiętałem z tamtych zdarzeń, ale wyobraźcie sobie, jakie musiały być niezwykłe, żeby stały się podwaliną pod ten patos ze wstępu. Prawdę mówiąc, to podczas wymyślania tamtego akapitu, popłakałem się naprawdę solidnie. Jednocześnie polecam wątróbkę z cebulką.

Tak w istocie, to chyba w grudniu zeszłego roku urodził się początek tej historii i gdyby wszystko potoczyło się tak, jak wtedy planowałem, to nie byłaby to zapierająca dech w piersiach opowieść. Nie zrozumcie mnie źle - teraz też nie będzie, ale przynajmniej jest materiał na to, żeby była dłuższa niż siedemnaście wyrazów. Otóż w grudniu zeszłego roku Iron Maiden ogłosili, że wpadną do Wrocławia na stadion, podłączą się, coś tam brzdąkną i pojadą do domu, i że zrobią to trzeciego lipca. Ja tam jestem za wspieraniem młodych, perspektywicznych zespołów, które próbują się przebić na rynku muzycznym, to pomyślałem że pojadę, żeby chociaż kilka osób na publice stało, a młodym muzykom nie było przykro. Przecież jak już przyjedzie z dziesięć osób i się strategicznie rozstawi po stadionie, to można stworzyć wrażenie całkiem przyzwoicie zapełnionej areny. Co prawda niby u progu kariery, ale jakieś pieniądze za to chcieli. Bardzo przepraszali, ale tłumaczyli się, że chociażby pole namiotowe muszą opłacić, miejsce parkingowe, a jakby coś zostało, to ich marzeniem jest spróbować waty cukrowej. No miękkie mam serce, to zapłaciłem, po czym zadzwoniłem do Pani Żony, że w zasadzie prezent urodzinowy jest trafiony w dziesiątkę, mimo że to za cztery miesiące. Pani Żona głupia nie jest i tylko zapytała: "Którzy przyjeżdżają?" Po tym pytaniu można było już pociągnąć miotaczem płomieni misterną sieć intrygi, mającą na celu łagodne wprowadzenie Pani Żony w temat. Pani Żona wprowadziła się sama. W tym momencie plan był już bardzo prosty, bo też i ja do wybitnie skomplikowanych nie należę. Lubię utarte szlaki, jeżeli chodzi o koncerty. Nawet rozpisywać tego za bardzo nie trzeba - wsiąść do autokaru - uduchowić się, wysiąść z autokaru - jeszcze kapinkę się uduchowić - pójść na koncert - wyjść z koncertu - wsiąść do autokaru - uduchowić się symbolicznie - wysiąść z autokaru - wrócić do domu - obudzić się w przeciągu góra trzech dni. I to byłby w zasadzie cały opis koncertu, gdyby wszystko ułożyło się tak, jak przewidywałem na koniec grudnia.

Jednak od czego ma się braci? Nawet ciotecznych. Jeden z nich nie potrafi wyciągać wniosków. Mało mu było, że się jego ojciec z matką pobrali. No dobra, inne pokolenie, mógł nie ogarnąć o co chodzi. Mało mu było, że się mój starszy brat ożenił. Ok, jedna jaskółka wiosny nie czyni. Mało mu było, że moja siostra wyszła za mąż. Mało mu było, że ja się ożeniłem... No żesz panie kochany - ile jeszcze ofiar musiałby pochłonąć ten świat, żeby ci się we łbie rozjaśniło? Jak owca na rzeź poszedł. Jak leniwiec z kutrem torpedowym na solówkę poszedł. Jak truskawka do blendera krzycząca "Nie złapiesz mnie!" poszedł... Jednym słowem - żenić się poszedł. Żeby tego było mało, to umyślił sobie, że najlepszą datą na rzucenie się pod tę snopowiązałkę życia, jest drugiego lipca. I w tym miejscu, żeby nie używać mocnych słów - plan poszedł się jebać.

Wydarzenia owe miały się odbyć na linii Białystok - Łódź - Wrocław i nie muszę dodawać, że start na tę karuzelę uciech wypadał na miejscowość po środku. Sprawdziłem w mapach gugla wszystkie osiemnaście możliwych konfiguracji tej trasy. Trochę pechowo wyszło, że wszystkie mówiły: jedziesz pan pół Polski, potem jedziesz pan całą Polskę, a potem pan wracasz pół Polski, co w sumie daje dwie Polski, czyli jak w życiu. Nie rozwodząc się za długo, plan według stanu na maj wyglądał tak, że teściowie przejmują perły małży naszego małżeństwa, czyli dwie urocze sporadycznie córki, my się w jakiś sposób dostajemy do Białegostoku na wesele, ja się w jakiś sposób po weselu dostaję do Wrocławia na koncert, potem w jakiś sposób dostaję się do Białegostoku, a na koniec w jakiś sposób dostajemy się do Łodzi. Plan miał tylko cztery słabe punkty. Te sposoby. Newralgicznym były sposoby: therion -> Białystok ->Wrocław i therion -> Wrocław -> Białystok. Pojawiło się co prawda światełko nadziei, bo w sieci ogłosił się człowiek (znaczy nie wiem czy człowiek, bo to co proponował, to ludzkie nie było), który zbierał ekipę na wyjazd z Białego do Wrocka na koncert. Własnym samochodem! Tylko, że prowadzić nie chciał, więc między innymi szukał kierowcy. Taaaa na pewno znalazł. Na Arkę Noego, to może jeszcze ktoś by się na frajera napatoczył. Ja mu odpisałem, że jako balast, to ja chętnie, ale po weselu poprowadzić mogę jedynie rozluźniającą masówkę o Libanie, i to góra przez pierwsze trzy minuty wyjazdu, zanim nie zasnę, i bardzo proszę o ciche zmienianie biegów w czasie drogi. Temat ucichł.

Zanim zdążyliśmy w jakiś sposób doprecyzować nasz plan, przepuszczając go przez analityczny filtr "coś się wymyśli ver 1.0", życie napisało nowy scenariusz. Bo życie to płodny scenarzysta, któremu najczęściej udaje się pisać kolejne części "Kac Wawa" i innych równie udanych produkcji, ale o tym w następnym odcinku... Stay tuned!

cdn.

Autorem zdjęcia jest Romana Makówka/AntyRadio.pl

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza