piątek, 12 sierpnia 2016

Blood Brothers cz.4 - ostatnia

Ruszyłem w kierunku Wrocławia. Wybrałem akurat pociąg w okrojonej wersji turystycznej. Pół godziny wcześniej odjechał taki, który też bezpośrednio docierał do Wrocka, ale za to jakieś pięć godzin później. Taki, co to i przez morze, i przez góry, i koło kościoła stanie, i przed galerią się zatrzyma, taki kompletnie chilloutowy skład, który jak dojedzie do poniedziałku, to dojedzie, a jak nie, to wtorek też jest super dniem na stację docelową. To ja jednak tym bardziej zdyscyplinowanym wolałem.


Lubię te nowe pociągi. Tak ładnie, czysto, przestrzeń otwarta, więc każdy się cyka flaszkę odkapslować. Kultura taka, że by Wam, jeden z drugim, gały na wierzch wyszły, jak mawiał klasyk. Usiadłem wygodnie, nareszcie przy oknie w kierunku jazdy i miałem nadzieję, że w całej tej uduchowionej społeczności pasażerskiej nie będzie za bardzo czuć, że ja to jednak coś koło trzeciej skończyłem pić wódkę. Dla niepoznaki wyciągnąłem lekkie ciasteczka fit na stolik (choć dalibóg o głodzie mowy nie było), jakiegoś powerade (o pragnieniu mowa była, miałem w zapasie takie trzy), założyłem słuchawki, w telefonie odpaliłem jakiś trening Chodakowskiej i nie mogło być wątpliwości, że jestem kulturalnym lolkiem na czasie, a nawet jeżeli przez tę misternie zbudowaną ezoteryczną powłokę nowoczesnej postaci, przedzierała się delikatna nuta spirytusu, to przecież nikt się pytał nie będzie, bo nie takie świństwa nowocześni ludzie na siebie wylewają i jeszcze mówią, że pińcet za flakon. 

Wysłałem do Pani Żony lakonicznego sms-a, że jadę, a ona mi coś odpisała, już nie pamiętam - albo, że "udanego koncertu", albo, że "bujaj się frajerze" - no akurat byliśmy przez ten wyjazd na stopie dość chłodnego spojrzenia na bezkres miłości i jezioro wiecznego unurzania we wzajemnym zachwycie. Nie ma się co dziwić. Byliśmy na biegunowo odległych peryferiach rozrywki. Ja - skąpany w orzeźwiającej rosie alkoholu, zmierzający na koncert. Ona - z dziećmi, skąpana w trochę mniej orzeźwiającej fali kłótni o to, kto kogo pierwszy ugryzł, kopnął, podrapał i komu się należy dana zabawka. No synergii szczęścia z tego nijak pan nie ulepisz. 

Chodakowska się skończyła. Pasażerowie chyba zaakceptowali mnie jako członka kolejowej rodziny, można było odkryć prawdziwą twarz. Na słuchawki koncert Ironów chyba z Chile i spać. Nie mogłem co prawda się tak bezrefleksyjnie rzucić w ten komfortowy zagłówek (powiedzcie mi jak to jest, że kolej ma już ze dwieście lat, wszyscy wiedzą, że w pociągach to się głównie sypia, a nawet twórcy najnowszych pociągów nie potrafią zaprojektować zagłówka, który byłby choć odrobinę komfortowy podczas snu), bo musiałem być czujny, kiedy skład będzie przejeżdżał przez Łódź. Łódź była bowiem terenem najdoskonalej zorganizowanej akcji bojowej w historii kolejnictwa. Dokładnie o godzinie 14:03 pociąg wjeżdżał na stację Łódź-Widzew (tak, Widzew ma swoją stację, ma swój klub piłkarski, nikt nie potrafi wytłumaczyć w jakim celu, ale wszyscy już machnęli ręką i niech ma), tam specjalnie wyszkolony człowiek czekał w określonym punkcie peronu, gdzie miał się zatrzymać wagon, w którym jechałem. Grupa przygotowanych w maltańskich lasach lisów pilnowała, aby nikt mnie nie przechytrzył, i nie był w drzwiach przede mną. Wszystko okraszone było niezwykle kosztowną oprawą pirotechniczną i pokazem puszczania baniek mydlanych. Cel był tylko jeden. Przekazanie wyszkolonemu człowiekowi garnituru i zbędnego już bagażu, żeby później nie wyglądać na koncercie jak komiwojażer. Oczywiście lisy nawaliły, w sensie dosłownym, na peron. Wyszkolony człowiek stał w miejscu oddalonym o dwieście metrów od mojego wagonu, a bańki mydlane okazały się być bańkami na mleko i ich pokaz nie wzbudził oczekiwanej euforii. Koniec końców, bagaże zdać się udało i z małym plecaczkiem rowerowym mogłem kontynuować podróże, co kształcą (a czytałem książkę akurat, więc prawda). 

Godzinę później łącznik Jacek nawiązał długo oczekiwany kontakt i obłędnie wyrafinowanym szyfrem (coś około połączenia Enigmy z gaworzeniem półtorarocznego dziecka) nadał komunikat, że wyjedzie po mnie na dworzec we Wrocławiu i się jakoś dalej ogarnie temat. W tym czasie pociąg powoli zaczęli opanowywać fani Iron Maiden i atmosfera z uduchowionej stawała się coraz bardziej serdeczna. W końcu dotarłem do stolicy Dolnej Śląski, czy jak to tam się nazywa. Jacek, jak na typowego wrocławianina z Hrubieszowa przystało, przywitał mnie kwiatami, kurpiowskim zespołem tanecznym i zwyczajowym: "Cześć therion - w telewizji wyglądałbyś grubiej". Najsampierw pojechaliśmy poszukać autokaru, którym będę wracał do domu, żebym mógł się w nim zalogować i zostawić plecaczek. Nie była to łatwa droga, bo mimo, że Dizajnuch zna Wrocław jak własną kieszeń, to akurat autokar z pomarańczowymi lusterkami niewiele mu mówił w kontekście topografii miasta. Znaleźliśmy jednak i tę jednostkę kołową. Później pojechaliśmy... gdzieś. W tym "gdzieś" była świetna knajpa. Wszyscy fani Ironów porozsiewani byli po okolicznych lokalach, a rozsianie kończyło się akurat jakieś dwadzieścia metrów od tego lokalu. Kosmos, bo akurat tam puszczano archiwalny koncert IM, tam na ścianach wisiały gitary m.in. podpisana przez Scotta z Anthrax, a właściciel był fanatykiem dobrej muzy i dobrego piwa. Rozkosz i brak tłoku - idealna miejscówka. Pogaworzyliśmy sobie z Jackiem o życiu i blogowaniu, przy czym podczas pierwszego piwa raczej o pasji pisania, a podczas trzeciego, że tak naprawdę to powinniśmy już dawno byli rozjebać Kominka i pić bacardi na Seszelach. Dizajnuch był tak miły, że odprowadził mnie później na stadion, gdzie już mniej więcej w połowie był występ Anthraxu. Nie powiem - tym razem podobało mi się znacznie bardziej niż dwa lata wcześniej na Narodowym - być może dlatego, że tym razem było ich przynajmniej słychać. Dobra rozgrzewka przed Ironami. Co ja Wam mógłbym napisać o samym show Maidenów? Może to, że w takiej formie dawno ich nie widziałem. Może to, że im się bardzo chciało, i że nowa płyta jest świetna na koncerty. Może to, że "Blood Brothers" jeszcze bardziej nabrało symbolicznego wymiaru. Może to, że po Nicko i Dave widać, że chłopaki powoli przechodzą z wieku średniego do wyluzowanej, ale jednak nobliwości. Może to, że fajnie widzieć kilkunastoletnie dzieciaki, które pierwszy raz są na gigu i mają w oczach te same iskry, co ja siedemnaście lat temu na pierwszej mojej Metallice. Może to, że nic (oprócz miłości do Pani Żony) nie dorównuje tej koncertowej adrenalinie. Może to, że moje dzieci jak zobaczyły wideo z koncertu, to powiedziały, ze bardzo kochają Eddiego i zapytały, czy przybiłem mu piątkę na scenie, i że "Tato. A kiedy mnie zabierzesz na taki koncert?" (cztery i pół roku dziewczę ma - niech cholera IM pograją jeszcze ze trzy i wtedy nie ma zmiłuj - córka do boju). Może to, że za rok chyba znów przyjadą i pewnie będzie to zupełnie inna historia, też do opisania. 

Kiedy wyszedłem ze stadionu uderzyła mnie myśl (czasem się zdarza, uderzy znienacka i myśleć trzeba) - ok, Jacek mnie zawiózł do autokaru, później specjalnie gdzieś kluczył, doprowadził mnie na stadion od dupy strony... Gdzie jest kurwa autokar?! Tu na pomoc przyszli rozstawieni co kilkaset metrów boye hotelowi. Znaczy się policja, która w przypadku koncertów metalowych nie ma za wiele do roboty, więc robi za drogowskazy. Po kilkunastu zwrotach azymutalnych (jest takie słowo?) dotarłem do autokaru. Później już standard - kilkanaście stron książki, sen, postój na stacji, papieros, ostatnie piwo, kilka stron książki, sen, pobudka pod Pabianicami, sen, pobudka na Kaliskiej, powrót do domu w objęcia Pani Żony. Znaczy tu się wdarło dość spore przewinięcie taśmy. Prawdziwe objęcia Pani Żony były dużo później, ale to temat na inną historię, innego bloga, inne czasy...

Do następnego koncertu Kochani... Wasze zdrowie!

Zdjęcie pochodzi z ironfistzine.com

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza