poniedziałek, 16 stycznia 2017

Cud rozmnożenia nakrętki

Pani Żona cierpi na zupełnie nieznaną wśród innych kobiet przypadłość. Medycyna rozkłada ręce, a gdyby medycyna była wyuzdana, to pewnie rozłożyłaby i nogi. Otóż jednostka chorobowa, na którą zapadła Cewka Zapłonowa Silnika Mojego Istnienia jest tak bardzo nietypowa i nie rozpoznana, że łacina nie znalazła jeszcze odpowiednich słów, żeby ją nazwać. Z grubsza objawy tego podstępnego schorzenia polegają na tym, że zupełnie przypadkowo, bez powodu czepia się o jakieś drobiazgi.

Też jesteście zdumieni? Tak właśnie myślę. Nigdy nie słyszałem żeby inne kobiety tak miały. No bo czy jest jakaś istotna przyczyna, która każe jej po raz dwudziesty mi powtarzać, żebym układał swoje ubrania w szafie? A co ja? Głupi jakiś, żeby nie zrozumieć tego przekazu za pierwszym razem? Wystarczył jeden przekaz, żeby ciuchy składać i ja wiem, że powinno się je składać. To, że tego nie robię, musi mieć jakąś głębszą przyczynę niż nie zarejestrowanie informacji. Główną jest moja głęboka wiara w to, że problemy się prostują, kiedy im się nie przeszkadza. Ubrania też. Poza tym czasem trzeba iść na wojnę, czasem rozwiązać jakiś globalny problem, typu ceny ropy, a sprawa polska, czasem trzeba się wspiąć na Czomolungmę, a czasem nawet i na Mount Everest, a już nie daj Boże na jedno i drugie jednocześnie. Czasem trzeba się też wspiąć na kanapę i mozolnie, guzik za guzikiem sprawdzić czy pilot działa. Ubrania naprawdę nie są tej wagi problemem, żeby nie mogły zaczekać, prostując się same w międzyczasie i w szafie.

Jednak wspierając moją Nakrętkę Dziesiątkę Na Gwincie Serca Mego, wolę czasem zapobiegać napadom okrutnej przypadłości i jak widzę, że od dwóch tygodni woda w brodziku po prysznicu schodzi w tempie wzrostu PKB Somalii, to nie czekam dłużej. Zapisuję sobie w głowie od razu, że trzeba będzie się tym kiedyś zająć. Później to kiedyś nadchodzi i jak zaczynam podejrzewać, że Pani Żona nie tylko zauważyła usterkę, ale co jakiś czas przygląda się jej z zaciekawieniem, a po oczach widzę, że nie tylko z zaciekawieniem - biorę się do roboty. W moim przypadku akurat hydraulika (a także elektryka, mechanika, stolarka, budowlanka i majsterkowanie) to istne igrzyska olimpijskie. W sensie, że nie liczy się zwycięstwo, tylko udział. No mam w sobie ten cudowny gen, który kiedy patrzę na poluzowaną śrubkę, mówi mi, żebym wziął wkrętak i po prostu ją dokręcił. Biorę wkrętak, dokręcam i rozpada mi się pół mieszkania. Jak? Przecież jakbym wiedział jak, to bym nie dokręcał, nie?

Doszliśmy więc do punktu, w którym chciałem zacząć naprawiać odpływ brodzika. Znaczy tak naprawdę to chciałem się wykąpać, ale najpierw wykąpałem córki, kliknąłem korek odpływu, żeby woda uszła do piekła albo Bałtyku i zacząłem przebierać dzieci do spania. Przebrałem je, dałem kolację, ułożyłem do snu, wróciłem do łazienki i widzę, że poziom wód opadł o jakiś centymetr. W takim tempie, to ja się wykąpię, ale w okolicach trzeciego kwartału. Musiałem działać. Przygotowałem front robót. Położyłem na podłodze w łazience kocyk, żeby nie leżeć na zimnym i to był błąd, bo kocyk był taki milutki i ciepły, że się zdrzemnąłem chwilę, nie przybliżywszy się do udrożnienia odpływu nawet o milimetr. Chociaż nie. W czasie kiedy spałem, woda zdążyła się ulotnić do jakiegoś innego wymiaru. W sumie nawet podciągnąłem tę drzemkę pod prace przygotowawcze. Włożyłem kombinezon. Zdjąłem kombinezon, bo w narciarskim niewygodnie się operuje pod brodzikiem. Za to świetnie się sprawdził kask z latarką - taki górniczy. Żartuję, nie mam takiego kasku, ale mam takie różki na opasce, które migają na czerwono i służą nam do... dla historii nie jest ważne do czego nam służą. Wziąłem skrzynkę z narzędziami i już zacząłbym naprawiać pełną parą, gdyby nie to, że owszem - dziura którą woda opuszcza nasze domostwo jest i ją widzę, ale co dalej? Metodą prób i błędów, a także całej serii opukiwań kabiny, doszedłem do wniosku, że niechybnie zdejmuje się osłonę brodzika. Godzinę i trzy wkręty później osłona oddzieliła się od reszty prysznica niczym niepotrzebne zbiorniki paliwa w rakiecie, która miała lecieć na księżyc, a dziwnym trafem pieprznęła w Irak. Zaświeciłem latarką pod brodzikiem - czeluść panie kochany. Założyłem maskę tlenową, bo nie byłem pewny jak daleko będę musiał się zapuścić. Dołożyłem do plecaka termos i jeszcze dwie kanapki, bo na oko zapowiadało się na przynajmniej tygodniową wyprawę.

Odkręciłem coś, co wyglądało na nie do końca wiadomo co, ale było jedyną rzeczą pod brodzikiem, którą udało mi się odkręcić. Okazało się, że to rurka, że się zapchała i że da się ją odetkać. Wyczyściłem, zakręciłem, założyłem osłonę. Woda zaczęła elegancko schodzić dynamicznym wirem z brodzika. Trochę do rury odpływowej, a trochę na podłogę. No co ja mam dużo mówić. No nie udała się naprawa. Myślałem, że fakt odetkania odpływu przyćmi drobne niedogodności ponaprawcze. Nie przyćmił. Wczoraj przyjechał teść. Nawet nie musiał patrzeć na mnie z politowaniem, ja mam lustro w domu i świadomość swoich ułomności technicznych. On już też się do nich przyzwyczaił. Odkręcił, co było do odkręcenia i spakował w reklamówkę. Pokazał mi taką dziwną uszczelko-nakrętkę, która dokonała cudownego samorozmnożenia i z jednej nakrętki powstały cztery ćwierćnakrętki. Ten cud mógł być przyczyną cieknącego odpływu, ale on też nie przyćmił mokrej podłogi. Po całej tej mrożącej krew w żyłach opowieści pozostają dwie refleksje. Po pierwsze - do wtorku musimy myć się w misce, balii lub konewce. Po drugie - gdyby nie teść, pewnie mieszkalibyśmy dziś w szałasie zbudowanym z pozostałych po mieszkaniu gruzów i zadaszonym patykami...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza