niedziela, 26 lutego 2017

W końcu historia prawdziwa - kronika Długosza na trzeźwo - tom III

Rządzili sobie bracia z kolegami, których było coraz więcej, a rządzili tak, że łza się w oku kręciła, niektórym ze wzruszenia, a niektórym z bezsilności, ale bezsilnymi nie ma co się zajmować. Jak mawia stare porzekadło "Kiedyś tak niezaradny, że plutonu egzekucyjnego zauroczyć nie potrafisz, toś niegodzien, aby ten ostrą amunicję na płatki róż pozamieniał. Pif! Bang! Bum! Koniec porzekadła. I żywota." Możecie nie znać tej akurat mądrości, bo... A w zasadzie to tajemnica.


Także łzy płynęły do Wisły, Wisła do Bałtyku, a Bałtyk podziemiami do Wieliczki i tak powstała sól - średnia siostra z rodziny Białych Śmierci, której najwybitniejszymi przedstawicielami są cukier, kokaina, Biała Podlaska i białe skody. Sól stała się zresztą przyczyną śmierci jednego z najsłynniejszych ówczesnych rycerzy - Serwacego spod Podkarpacia. Wielki to był wojownik, ale umiłowanie do sutych wieczerzy miał okrutne. Kiedyś jedząc tłusto i przepijając niezmierzoną ilością wina swoje posiłki, grubo posolił comber z dzika i powiedział, że kolega braci jest solą w oku rycerstwa, za co został powieszony. Z solą nie ma żartów...

Poza jednak wesołymi, incydentalnymi zdarzeniami, rozwijała się Polska długa i szeroka, a bracia mimo że byli w stanie trzymać za mordę i dużo większe tereny, postanowili podzielić kraj na dzielnice. Najważniejszym motywem owego działania była chęć sprawiedliwego obdarowania wszystkich swoich synów potrzeba udobruchania ludowców, którzy wojami byli dzielnymi i prawymi, ale paliwem ich męstwa, bogobojności i ojczyzny umiłowania były dobra doczesne. Co prawda wiedzieli, że Bóg ich w niebie wynagrodzi, ale boski bank to zbyt odległa i niepewna była dla nich inwestycja, więc na wszelki wypadek woleli deczko się nachapać za życia - ot, "Bogu co boskie, ludowcowi co się nawinie".

Ja już nawet teraz nie pamiętam, który z dzielnicowych był taki mądry, że postanowił postawić na turystykę jako główną gałąź gospodarki. Grunt, że puścił w świat reklamę, jakie to Mazury są piękne, jaka Warmia gościnna, jaka tam cisza i spokój, a zarazem dziewki za mundurem piszczące, niczym bieda w świętokrzyskiem. Na początku ruch turystów nie był wielki, ale w końcu znaleźli się wielcy amatorzy tych terenów. Trochę nawet ciężko orzec kim oni byli. Tacy trochę księża, z tym że zamiast koloratek mieli hełmy i miecze, a ich bukłaki wypełnione były hipokryzją. Może ja to zobrazuje jakoś przystępniej. Jak jest armia i ona ma swoją strukturę - na początku powinien jechać król, ale nie jest taki głupi, więc na początku jadą tacy, których nie szkoda. Później idą ci, których zadaniem jest kuszenie przeciwnika, czyli kusznicy. Dalej jedzie marszałek z nieodłączną zamrażarką, potem sekcja rytmiczna, czyli bębny i basy, a jak już wróg wytłucze ten motłoch, to zaczyna się wojsko właściwe. Tam są właśnie konnicy. I teraz - ci, co przyjechali na Mazury, to w armii są zaraz za konnikami. To chyba mamy jasność. Ci turyści nosili miano Przenajwielebniejszych Wkrętaków Gwiazdkowych, ale że lud nasz był ciemny i ta nazwa była dla nic za trudna, przeto nazywali ich pobieżnie Krzyżakami. Krzyżacy mieli wielkie o sobie mniemanie, ale nie oszukujmy się, może i byli całkiem nieźli w różnych dziedzinach, to nie wszyscy mogli być mistrzami. Tak po prawdzie to mieli jednego mistrza, który twierdził, że umie nadzwyczajnie grać na bębnach, ale to był tylko marketing. Grał średnio, a nazywał się Mistrz Lars Ulrich von Cośtam (przy czym pisane nie przez polskie a "ś", a przez "s" umlaut).

Bracia jak tylko zobaczyli co się święci, najchętniej złapali by za proce i dawaj praliby kamieniami w pyski tych niewłaściwych chrześcijan, ale nie bardzo się dało. Krzyżacy mieli bowiem za sobą cesarstwo, papiestwo i Komisję Europejską. Pluli więc bezkarnie nieproszeni gości na prawdziwych Polaków, a prawdziwi Polacy nadstawiali drugi policzek i dupę, licząc że plucie to takie preludium pocałunku. Bracia widząc co się dzieje powiedzieli stanowczo, że ojczyzna jest w potrzebie, ale oni spieprzają do Dubaju. Ich kumpel zrozumiał, że "do boju" i się zaczęło. Polskie wojsko (wspierane przez rycerzy z Litwy lubiących bitwy) zamiast sączyć dubajskie drinki, stanęło wedle sioła Licheń. Jednocześnie armia krzyżacka w tym czasie zebrała się wedle sioła Grunwald. Trochę się topograficznie przeciwnicy nie zgrali i festiwal krwi, flaków i romantycznej, średniowiecznej rzezi stanął pod znakiem zapytania. Nie wspominając o tym, że akuratnie Matejko rozstawił sztalugi pod Sieradzem - szykowała się klapa większa niż "Belle Epoque". Koniec końców, po negocjacjach armie i malarz spotkali się w połowie drogi nieopodal Rzeszowa. Kosztami przejazdu Matejki obie strony postanowiły podzielić się po połowie i można było zacząć bitwę śmiertelną. Krzyżacy przysłali dwa nagie miecze i półroczną subskrypcję pornhuba, co tak rozsierdziło bogobojnych Polaków, że rzucili bydlakom nagie miecze w twarz, a pornhuba przyjęli na znak zwycięstwa. Zaczęła się jatka. Przez długi czas przeważali Krzyżacy i kiedy nasi powoli zaczynali tracić nadzieję, błyskotliwą szarżą na skrzydle popisał się chorąży Lewandowski, minął dwudziestu krzyżackich zbrojnych, minął Rzeszów, minął Karpaty, zatoczył koło, podjechał na tyłach wroga do wielkiego dębu i dotknąwszy go krzyknął "Raz, dwa, trzy za Polskę!" i zwycięstwo było nasze. Postanowiliśmy nie chwalić się tym światu i nie dobijać Krzyżaków z prostego powodu. Naszymi wojskami dowodził niejaki kapral Jagiełło. Sami powiedzcie - czy ktoś by uwierzył, że Jagiellonia pokonała Niemców?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza