sobota, 18 marca 2017

Share Week 2017 - dwóch facetów z moją żoną

Blogerzy to dość osobliwa grupa społeczna. Kiedy już ogarną detale dnia codziennego takie jak jedzenie albo przypomnienie sobie, gdzie zostawili dzieci, bo wózek coś za lekki, siadają blogować. Osobliwość polega na tym, że pisanie to jakieś 0,3% blogowania. Resztę stanowi podglądanie innych blogerów, rozmowa z innymi blogerami, komentowanie innych blogerów, hejtowanie innych blogerów i inne czynności związane z innymi blogerami. Do innych czynności zaliczamy Share Week...


Gdyby jakoś obrazowo chcieć opisać Share Week, to należałoby wyobrazić sobie zakład fryzjerski "Bożena", gdzie pod takimi hełmami siedzą kobiety. Te hełmy służą do wymiany myśli - taka technika. Znaczy brzmi jak technika, a chodzi o to, że jak one siedzą pod hełmami, to nie mają co robić, więc gadają i polecają sobie nawzajem inne zakłady fryzjerskie. To z Share Weekiem jest tak samo. Siedzą sobie blogerzy w hełmach (czy co tam kto sobie na łeb zakłada do blogowania) i polecają innych blogerów. I fajnie. 

Kuklinowski w moim ukochanym "Potopie" (znaczy tak właściwie to Sienkiewicza, nie moim) powiedział, że dwóch jest jeno pułkowników - Kuklinowski w Koronie i Kmicic na Litwie. I to się zasadniczo zgadza, ale czasy mamy takie, że i kobieta jak się uprze, to szablę do ręki weźmie i na wrogi uderzy, więc i w moim zestawieniu blogerów, których czytam, lubię, szanuję, a czasami nawet z niektórymi sypiam (tak konkretnie to z jedną sypiam, a przy pozostałych nie zdarza mi się zasnąć), znalazła się osobistość płci technicznie zbudowanej do mnie niezbyt podobnie. My tu jednak gadu, gadu - jedno, drugie, góra szóste sobotnie piwko się sączy, a wciąż nie wiemy, kto otrzyma ode mnie błogosławieństwo wypłynięcia na gwieździsty ocean blogowej sławy (gwieździsty ocean? zdecydowanie bardziej szóste niż pierwsze sobotnie piwko się sączy). Zatem tradycyjnie trzy... dwa... jeden... DISCO! Kogo ZDECYDOWANIE WARTO czytać w internecie?

                                                                                                                                                                   



Dizajnuch  - Macie jakieś pokrewne dusze w Sieci? Ja wiem? Kogoś kto lubi dokładnie te same filmiki z kotami albo jako jedyni w internecie polajkowaliście profil Beka z Miski Olejowej do Lanosa? Ja kilka takich mam, a Jacek jest jedną z nich. Wystarczy powiedzieć, że zanim się poznaliśmy, myślał że tylko on się śmieje na "Mavericku". Dizajnuch to zdecydowanie mój brat w poczuciu humoru. Ma taki dystans do siebie, że jak zaczyna pisać o swoim życiu. to nawet się nie widzi na horyzoncie. Dodatkowo Jacek ma supermoc - projektuje wnętrza, a powiem Wam, że facet który ma takie wnętrze, może wnętrza te na zewnątrz swojego projektować tylko dobrze. Oprócz tego chłop jest mi bliski z innych powodów - obaj mamy wschodnie dusze, a on nawet bardziej, bo dom rodzinny ma bliżej granicy. Wschodnia dusza wiąże się nieodłącznie z tym, że doskonale się odnajdujemy, łącząc konwersację podczas spotkania z płynnym katalizatorem rozmowy - przetestowaliśmy pewnego pięknego popołudnia we Wrocławiu i mamy zamiar kontynuować tę nową, świecką tradycję. 

                                                                                                                                                                   

  Bookworm On The Run - Paweł posiada pewną cechę, która jest na samym szczycie listy cnót, które podziwiam, która to cecha jest według mnie największą wartością, którą może legitymować się osobnik, tym bardziej, że nie jest ona łatwa w stworzeniu i pielęgnowaniu. Otóż moi drodzy, Paweł jest przyzwoitym człowiekiem i to się czuje w każdym jego tekście i w prywatnej rozmowie takoż samo. Gdyby nie fakt, że raczej już nie planuję powiększać dobrostanu potomstwa, to mógłbym go poprosić na chrzestnego mojego dziecka. Powiem więcej, zrobiłbym rzecz jeszcze bardziej szaloną. Bez wahania podżyrowałbym mu kredyt, mimo że nie spotkaliśmy się nawet nigdy na żywo. Wyobrażacie sobie jaki musi być Paweł? Podziwiam go też za kwintesencję jego bloga - chłop biega, czytając jednocześnie. Jak on się przy tym nie zabije (a nosi okulary, więc drzewo zapewne potrafi - tak jak i ja - zauważyć dopiero, jak w nie przypieprzy)? O braterstwie poczucia humoru nie muszę chyba wspominać, choć Bookworm akurat na swoim blogu dostarcza o wiele więcej wartościowych treści, przy których moje błazeństwa zdają się być jedynie pustymi kaloriami w posiłku utylitaryzmu blogowego.

                                                                                                                                                                   


Szefowa Podwórka - Żona (moja), matka (nie moja), choleryczka (po ojcu), laseczka (po mamie), blogerka (po godzinach). Bianka to niezwykła postać - skrzyżowanie Terminatora, Księżniczki Elsy, Księżniczki Anny, trolinki Poppy, Gwiazdy Śmierci, Batmana, Jokera, Williama Wallace, armii mechatronów i miliona innych postaci, co tworzy osobowość tak niepowtarzalną, że czasem muszę ją podszczypywać, żeby wierzyć, że istnieje. Ma taki cyberwszczep (tak dobrze wszyty, że do dziś nie mogę się pokapować w którym miejscu) - oddzielny obwód zasilający. Kiedy ja w dniu wolnym przez godzinę planuję rodzaj lenistwa, przez następne cztery wprowadzam go w życie, a potem do końca dnia po nim odpoczywam, Ona w tym czasie zakłada bloga, robi osiemnaście decoupażowych śliczności, przemeblowuje pokój dziewczynek, ocala świat i to wszystko przed pierwszą kawą. Pisze z pasją o rzeczach ważnych, mniej ważnych i innych, a przede wszystkim wkłada w to mnóstwo miłości do wszystkiego co robi i do naszych córek, bo to one często są inspiracją i bohaterkami jej bloga. Wiem dobrze, że za jakiś czas, kiedy ja wciąż będę rozbawiał swoimi pisanymi głupotkami góra kilka tysięcy czytelników, Ona będzie już rządzić blogosferą. Pamiętajcie, że ja pierwszy to powiedziałem.

A teraz wybaczcie moi drodzy, bo piwo się skończyło, a gin z takimi smutnymi oczkami leży samotnie w lodówce i czeka aż ktoś przytuli go do serca i powie "Chodź do mnie. Bądźmy razem dziś wieczorem." Poza tym właśnie zaczyna się realizacja kolejnej części mojego noworocznego postanowienia. Kilkanaście lat temu obiecałem sobie, że obejrzę w końcu "Gwiezdne Wojny" jako ostatni człowiek, który jeszcze tego nie zrobił. To się musi w końcu udać! Jestem na dobrej drodze, "Powrót Jedi" to już trzecia część, którą zaliczam i nauczyłem się już w dziewięciu na dziesięć razy odróżnić, który z robotów to R2D2, a który C3PO! Jest moc!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza