sobota, 3 czerwca 2017

KWON, czyli jak Francuzi popsuli mi wieczór

Ja wiem, że ten skrót z tytułu powinno się pisać ChWDP, ale po pierwsze nie lubię wulgaryzmów (no kurwa tak mam i już), a po drugie mój traktuje o czymś zupełnie innym. Chodzi zasadniczo o to, że Kij W Oko Napoleonowi. Psia mać, załatwił mnie na cacy. Może nie do końca on, ale jemu się dostanie jako najsłynniejszemu przedstawicielowi zdradzieckiego narodu francuskiego. Musimy się jednak cofnąć w czasie do początku całej historii, po której razem ze mną będziecie chcieli pisać KWON na murach...

Jesienią to jakoś było. A może zimą? Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie nie dalej niż dwa tygodnie temu. Na pewno był piątek. Wracaliśmy z Panią Żoną autobusem do Łodzi. A właśnie! Bo nie wiecie czemu wracaliśmy autobusem. To musimy się jeszcze z pół roku nazad przenieść. Otóż kilka miesięcy temu pojawił się nowy członek naszej rodziny. Czarny. Dla równowagi, bo białego już mieliśmy, więc żeby nas nie posądzono o rasizm, wzięliśmy czarny. Samochód. Nie żebyśmy nie kochali focusa, jednak w obliczu protestów Pani Żony, która musiała dzielić tylną kanapę z fotelikiem i psem (żeby jeszcze yorkiem, to by uszło, ale niestety z małej, puchatej kulki wyrósł trzydziestokilowy warchlak), trzeba było się rozejrzeć za czymś jeszcze większym. Tak oto na podwórku zagościł czarny karawan, pieszczotliwie nazywany jelczem. No nie powiem, fajnie się takim autobusem jeździ. Poza tym lubię jak w samochodzie jest dużo guzików, które powodują, że coś się zaczyna świecić, bzyczeć albo się odsuwać i zasuwać, więc ten mi się bardzo spodobał, bo lampek i guzików ma sporo. Ma jeszcze taki powiew dwudziestego pierwszego wieku, że zamiast kluczyka ma kartę. Po co? Nie mam zielonego pojęcia, bo i tak żeby odpalić auto, trzeba ją włożyć w slot, czyli dokładnie jak kluczyk do stacyjki. Jedyny z niej pożytek jest taki, że jak jadę sam, to wkładając kartę mówię głośno "Komandorze. Potwierdzam logowanie do globalnej sieci szwadronu. Proszę o pozwolenie na inwazję. Bruum, bruuum." 

Teraz możemy wsiąść na chwilę do DeLoreana i przeskoczyć migusiem w czasie do daty około dwa tygodnie temu. Otworzyłem któregoś pięknego, mroźnego, wiosennego dnia maskę w jelczu. Otworzyłem, bo umiem, choć nie jest to oczywiste. Każdy, kto posiadał focusa wie, że żeby otworzyć maskę, trzeba pół godziny gmerać kluczykiem pod znaczkiem forda, więc moja pierwsza próba uporania się z klapą jelcza upłynęła pod znakiem usiłowania oderwania znaczka producenta z przodu. Okazało się, że Francuzi nie byli tak twórczy jak Jankesi i w karawanie maskę otwiera się tradycyjnie, to znaczy: znaleźć w kabinie coś, co można pociągnąć i... pociągnąć. Wrota się uniosły (gniewem też, ale ogólnie to po prostu w kierunku do góry). Zajrzałem, pokiwałem z uznaniem głową, spojrzałem wzrokiem takim, jakbym wiedział do czego służy cokolwiek w komorze silnika i zobaczyłem, że coś kapie. Normalnie się takimi rzeczami nie przejmuję, bo wychodzę z założenia, że jak kapie, to pewnie powinno. Skojarzyłem jednak, że kiedyś w fordzie też tak kapało, a później w zimie było bardzo zimno, bo nie działało ogrzewanie. Znany z poprzednich historii mój znajomy mechanik-filozof powiedział mi wtedy, że panta rei, wykapał mi cały płyn chłodniczy i że teraz pecunia non olet. Trochę się zmartwiłem, bo skoro focus był chłodzony borygo, to nowszy samochód na pewno chłodzi się czymś wznioślejszym, najpewniej uranem, a nie można dopuścić, żeby uran wykapał, bo drogi. Oczywiście pokazałem usterkę teściowi, bo jakbym się sam za to wziął, to jelcz trafiłby zapewne na cmentarzysko jelczów. Teść obejrzał i zawyrokował, że takie rzeczy to się robi w dziesięć minut i założył nową obejmę na łączenie wężyka ze zbiorniczkiem płynu. Wróciłem do Łodzi, wydałem przez sieć komendę sierżantowi McCormackowi (bo sam jechałem), żeby otworzył maskę, zaglądam - kapie. Teść uznał, że damy jeszcze inną obejmę i prędzej ten samochód rdza zeżre, niż to łączenie puści. Daliśmy. Kapało dalej. No nic. Boh trojcu lubit, do trzech razy sztuka. Damy też taśmę izolacyjną. Podczas naprawy napatoczył się sąsiad i dał nam taką taśmę, co się zgrzewa z wężykiem i łatwiej tatuaż zetrzeć, niż tą taśmę odkleić. Musi trzymać. Trzymało. Kapało jednak dalej. Przyszedł mi do głowy świetny pomysł. Przecież ten wężyk naciąga się na taką wypustkę, to na pewno tamtędy ucieka uran. Mówię teściowi, że ja wiem, ta wypustka to żeby wężyk nie spadał, ale jak dobrze zaciśniemy przed tą wypustką, to nie ma siły - będzie git. Założyliśmy, zacisnęliśmy, dolaliśmy plutonu mieszalnego z uranem i pojechałem do pracy, obiecując że jak dojadę, to dam znać teściowi czy kapie. Dzwonię i mówię, że nie kapie... bo wężyk spadł, wszystko wychlapało i nie bardzo ma co kapać. Tu po raz pierwszy zaświtało nam, że może nie w wężyku jest problem. Może to zbiorniczek przecieka? Teść kupił zbiorniczek i umówiliśmy się na wymianę. 

Piątek to był. Piotrków to był. Zawieźliśmy teściom dzieci na weekend i koło siedemnastej powinniśmy być w domu. Pozostało wymienić tylko nieszczęsny zbiorniczek - dwadzieścia minut roboty. Spuściliśmy mieszankę atomową, odkręciliśmy dziada, założyliśmy nowy, zacisnęliśmy wężyk, uzupełniliśmy pluto-uran, dodając dla pewności kilka bryłek kadmu i teść mówi: no odpalże chłopcze, zobaczymy czy kapie. Włożyłem kartę i nie zapaliło się ani jedno światełko na panelu. Ani jedno! Wiecie co to znaczy, dla fana światełek? Rozpacz. Dodatkowo ponoć jak się światełka nie palą, to oznacza, że auto nie pojedzie. Co poszło nie tak? Dwie godziny szukania. Może to bezpiecznik? Może coś odpięliśmy elektrycznego podczas roboty? Może coś zalaliśmy, jak spuszczaliśmy chłodziwo? Trzynaście telefonów do mechaników, elektryków i Cyryla - prawosławnego duszpasterza kierowców i trzynaście diagnoz, że nie ma szans, żebyśmy przy wymianie zbiorniczka coś popsuli oraz jedna diagnoza, że Bóg tak chciał. Później się okazało, że to po prostu zupełnie niezależnie od naprawy zbiorniczka, padł sobie czytnik karty. Bo tak! Wcześniej jednak zostawiliśmy w Piotrkowie samochód i po dwudziestej jechaliśmy autobusem do Łodzi. Myślałem, że mnie krew zaleje! Okazało się jednak, że nie mnie... a gdybyśmy wrócili o siedemnastej, to jeszcze byśmy zdążyli. I tak właśnie Francuzi popsuli mi wieczór...

P.S. Nie kapie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza