piątek, 30 czerwca 2017

W końcu historia prawdziwa - kronika Długosza na trzeźwo - tom VI

Historia - a historia Polski w szczególności (bo teraz modnie dodawać, że Polska jednak bardziej - że świat ucierpiał przez wojny, ale my w szczególności, że wiele krajów ma zasługi dla Europy, ale Polska..., że większość państw jest położona nad poziomem morza, ale Polska... itd.) ma swoje magiczne słowo-klucz. Tym słowem jest "prawda" - umiłowana, otoczona czcią cnota absolutna. Żartuję. Prawda w historii zajmuje daleką pozycję w rankingu. Byłaby pewnie losowana gdzieś z piątego koszyka.


Oczywiście, że liderem wśród słów-kluczy jest "interpretacja", która została wymyślona tylko i wyłącznie po to, żeby humaniści też mieli powód do podrzynania sobie gardeł i wyzywania się od "chujów". Bo warto zauważyć, że faktów historii jest sporo, ale interpretacji jakby więcej. Tym bardziej, że przyszło nam żyć w ciekawych czasach, gdzie fakty w ogóle nie mają żadnego znaczenia, a skala prawdy złożona jest z osi ciekawości i prawdopodobieństwa. Jeżeli zdarzenie jest bardzo prawdopodobne (a nie daj boże udowodnione) i mało ciekawe, to nie ma prawa być prawdziwe. Prawdziwe są złote pociągi, Hitler w Argentynie, serce Elvisa wciąż bijące w klatce piersiowej Hanny Montany (nie żebym miał coś przeciwko posiadaniu przez Hannę Montanę klatki piersiowej - jestem gorącym zwolennikiem tego faktu). Dlatego właśnie w dzisiejszym odcinku będziemy w jedyny słuszny sposób interpretować historię, tak abyśmy wiedzieli, kto nas robi w konia, a kto nie... Postaramy się również pokazać, jak w absolutnie naukowy i nie poddający w wątpliwość sposób pisać o historii. Znaczy kiedyś się pisało. Teraz "pisanie historii" (czy tam o historii, to tylko jedna literka różnicy) jest już nie aktualne, bo obecnie historię się odkłamuje. Zawsze!

Gdybym Was dziś zapytał, który król miał największy wpływ na dzisiejszą polską potęgę? (Bo co do tego chyba nie ma wątpliwości, że obecna Rzeczpospolita o bliżej nieokreślonym numerze jest potęgą - jakby nas napadnięto, to amunicja skończyła by się po około pół roku, za to jabłkami ponoć moglibyśmy rzucać we wrogów jakieś dziewiętnaście lat i to bez sięgania do Żelaznej Rezerwy, którą można ruszyć tylko po wsadzeniu jednocześnie kart dostępowych i wpisania kodu przez bardzo ważnego pana, jego wesołego kumpla, jego smutnego kumpla i panią Helę - sprzątaczkę, bo ktoś musi od czasu do czasu przetrzeć z kurzu te wszystkie aparatury i sejfy, więc pani Hela ma dostęp do wszystkiego, ale musiała obiecać, że będzie się starać nic nie popsuć. Zresztą i tak nic nie mogłaby kombinować, bo ważni ludzie natychmiast wrzucą do sieci kompromitujące zdjęcia, na których pani Hela w '81 trzyma na oko z pół kilo sopockiej). Gdybym zatem zapytał, to co byście odpowiedzieli. A różnie i słusznie, bo każdy może mieć swoje zdanie (to znaczy swoje zdanie mogą mieć tylko mądrzy ludzie, reszta ponoć ma zdanie niemieckich gazet, żydowskich telewizji i gejowskich rozgłośni, wyrosłych z korzeni Tęczowego Music Boxu. A co Tęczowy Music Box, to my już dobrze wiemy.) Większość pewnie jednak wybierałaby jakiegoś Jagiełłę, Kazimierza Wielkiego, czy Sobieskiego. Aha. Nic bardziej błędnego. 

Ciekaw jestem komu zależy na tym, żeby taki Władysław Jagiełło był opisywany w superlatywach, że niby Krzyżaków pobił. No pobił, ale pobił zdradziecko tak naprawdę, bo umacniając później Polskę pogrunwaldową, doprowadził do tego, że dzisiaj Niemcy się na nas bezustannie mszczą. Dla mnie, jak i dla wielu uznanych historyków (jak chociażby profesor Wincuś Kluska-Bułecka z katedry robotyki Not-Oxford University) jest jasne, że gdyby tylko Jagiełło umiał pisać, to dziś bylibyśmy w posiadaniu dokumentów podpisanych przez króla na spotkaniu z niemieckim lobbystą i jego dwoma nagimi, gejowskimi mieczami. Dokumentów, w których czarno na pożółkłym byłoby widać, że Krzyżacy zgadzają się przegrać bitwę, okryć chwałą Jagiełłę, a później do końca wszechświata mogą nas hańbić, w ramach odwetu za tę porażkę. I co? Dalej król Władysław jest dla Was bohaterem? 

A Kazimierz Wielki? Już sama nazwa wskazuje, że wielkim człowiekiem był. Polskę murowaną ponoć zostawił i w ogóle miód, malina. Wystarczy jednak chwilę rozsądnie pomyśleć, powiązać pewne zdarzenia, odłożyć na bok piękne hasła, okrzepłe od stuleci i zobaczymy prawdziwy obraz króla Kazimierza. Po pierwsze ów człowiek jeszcze przed koronacją (a później kilkukrotnie też) podpisał rozejm z Krzyżakami. To ja się zapytuje, gdzie on miał dziadka? W husarii, której jeszcze wtedy nie było, czy w jakiejś innej armii? Poza tym jego sztandarowe hasło o zastaniu Polski drewnianej, a zostawieniu murowanej. Czy to naprawdę Wam niczego nie przypomina? Czy przypadkiem "Polska w budowie" to nie jest ta sama obłudna - nie boję się użyć stwierdzenia - faryzejska polityka pozorów? Kolejna sprawa, to że Kazimierz Wielki nie spłodził następcy, to godne Polaka jest ja się pytam? No dobra, tu akurat można mu odpuścić, bo zdarza się, że i najwięksi mężowie stanu, choćby mieli rządzić z tylnego siedzenia, też nie zawsze mają synów albo dzieci w ogóle. No i jak? Wciąż Kazimierz III Wielki Wam leży?

Z kolei Sobieski na pierwszy rzut oka - cacuszko. Husaria się zgadza, zbawiciel Europy pasuje jak najbardziej, a może nawet jeszcze bardziej, bo jak wiadomo Polska w szczególności. Trzeba jednak mieć oczy szeroko otwarte i patrzeć całościowo na (za przeproszeniem) spuściznę króla Jana. Pobił Turków, którym było z tego powodu niezwykle smutno i ten smutek przetrwał. Do tego stopnia, że Turcy się zaczęli przeprowadzać w późniejszych czasach. Gdzie się zaczęli przeprowadzać? Ano do naszych zachodnich sąsiadów, żeby ich podjudzać przeciwko Rzeczypospolitej do dnia dzisiejszego. To jest proszę państwa (znowuż za przeproszeniem) goła prawda, z którą nijak polemizować. Tym bardziej, że można o tym poczytać w opracowaniach wybitnego znawcy Turkmenistanu (a to przecież prawie to samo co Turcja) profesora Nagato Charikomo (tylko trzeba znać japoński albo ten język w którym jest to napisane, w każdym razie wygląda jak japoński).

Zalewani pochwałami tych mainstreamowych władców, nie dostrzegamy tego, który naprawdę jest tym największym. Nikt nie widzi, że to Jan Olbracht jest potęgą. W cieniu innych. Wpływający na cały świat ruchami, których nie widać na pozór. Wielki wizjoner, który pozostał skromny i do końca się nie ujawniał ze swoją wielkością. Tylko wytrawni obserwatorzy potrafią dostrzec to, co w pierwszej chwili niedostrzegalne. Niech dwa przykłady ukażą Wam ten fenomen. Kiedy Olbracht zasiada na tronie? Dwudziestego trzeciego września 1492 roku. Już widzicie do czego zmierzam? To pytanie pomocnicze. Co się stało trzy tygodnie później? Kolumb odkrywa Amerykę! Przypadek? Pytam się! Jak wielki wpływ na nasz glob musiał mieć ten człowiek, że po niespełna trzech tygodniach jego rządów na mapie pojawia się nowy kontynent? To jednak mogłoby jeszcze Was do końca nie przekonać. To patrzcie. Kto pięćset cztery (można powiedzieć, że pięćset plus) lata później zostaje sekretarzem stanu USA? Madaleine Albright (i wszystko jasne, prawda?) Pół tysiąclecia minęło, a On wciąż ukazuje swoje wpływy na świecie. I co Wy na to? Dołóżcie jeszcze do tego, że nie miał żony, a zmarł w Toruniu...

Historia jest zaiste przepiękna. Nie sądzicie? 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza