czwartek, 16 listopada 2017

O czym nie usłyszysz w reklamach, czyli były korpoludek radzi cz.1

Zastanawiacie się co robiłem przez ostatnie trzy miesiące? Mógłbym powiedzieć, że pojechałem do Tybetu, szukać sensu życia. Mógłbym powiedzieć, że pojechałem do Sosnowca, szukać bezsensu życia, ale nie. Okazało się bowiem, że do Tybetu nie tak łatwo dojechać, a przynajmniej nie tramwajem, a do Sosnowca co prawda nawet autobusem dotrzeć można dość prosto, ale nie ma żadnych połączeń powrotnych. Serio! Nie da się wyjechać z Sosnowca! Chyba, że coś pokręciłem, ale szczerze wątpię. Tak naprawdę proszę ja Was, zmieniałem pracę!


A było to tak... Ponad rok temu też rzuciło mnie z jednego frontu robót na zupełnie inny i tak z romantycznego rynku kwiatowego (Opowiadałem już Wam, że mógłbym obudzony w nocy, wymienić około stu gatunków czerwonych róż? Pewnie nie, bo cholernie nie lubię, jak mnie się w nocy budzi) przeniosłem się na niwę artykułów pierwszej potrzeby, ważniejszych niż chleb, wódka i koszulki wyklęte. Słowem - założyłem na łeb słuchawkę z mikrofonem i zostałem ekspertem od telefonów komórkowych, internetów mobilnych oraz niezapłaconych faktur, zapłaconych faktur, niezrozumiałych faktur, niepokojących faktur, zawyżonych kurwa wasza mać faktur, nieotrzymanych faktur, mam choro curke faktur i he he może jakiś rabacik do faktur. Tak, na prawie rok zostałem konsultantem w jednej z sieci komórkowych. Nieważne której. Wszystkie z grubsza działają tak samo, mają te same problemy i w opiniach ich klientów oferują najgorsze warunki na rynku, najgorsze sprzęty, najgorszy zasięg i "jak tylko skończy mi się umowa, to idę do konkurencji", po czym idą do konkurencji i się okazuje, że od znanego piekła gorsze jest piekło nieznane...

To ja teraz Wam będę prawdy objawiał, bo cholernie dużo przydatnych rzeczy się nauczyłem w tem przybytku doli i niedoli. Zanim jednak strumień wiedzy zacznie na Was spływać, muszę zadać Wam pytanie. Jak Wy właściwie wyobrażacie sobie call center? Czy tak jak ja sobie wyobrażałem? Pani w czarnej spódniczce za kolano, białej bluzce z apaszką siedzi za biurkiem obłożona niezwykle ważną dokumentacją, ktoś do niej dzwoni, ona poprawi fryzurę, przetrenuje dykcję, odbierze telefon, wysłucha problemu, zwoła na cito naradę wszystkich działów i nad twoim androidem znów zaświeci słońce? Nooooo... nie. W zasadzie dress code miał jedną zasadę - pracownik powinien przychodzić do pracy z grubsza ubrany. Na biurku oprócz setek karteczek z bieżącymi notatkami oraz tysiącem karteczek z rysunkami (jak ktoś umie rysować) lub karteczek z napisami "ja się za chwilę powieszę na kablu od klawiatury", jest obowiązkowy kubek z kawą (a w moim przypadku taki litrowy, termiczny kubeczek), jakiś spinner, absolutnie zabroniony posiłek, ze trzy telefony (jeden do fejsa, drugi do gier, trzeci do prasówki - w tej pracy nie ma czasu na przełączanie się między tymi rzeczami na jednym telefonie). Ogólnie jak we więźniu - mnóstwo zabronionych przedmiotów, ale dopóki jesteś dobry, to na drobną kontrabandę klawisze przymykają oko.

Zanim jednak konsultantowi będzie dane zrobić przytulny rozpiździel na biurku, musi on stoczyć walkę na śmierć, życie i miejsce parkingowe. Parking co prawda jest taki tłusty - pół miliona miejsc najmniej, z tym że... dwieście pięćdziesiąt tysięcy miejsc, to miejscówki prezesa, sto tysięcy jest dla dyrektorów, następne sto dla kierowników zmian, kolejne pięćdziesiąt tysięcy dla kierowników zespołów, pięć tysięcy dla gości, trzy tysiące dla hiszpańskiej inkwizycji, której nikt się nie spodziewa, ale a nuż? Pozostałe dwa miejsca są dla konsultantów. Dlatego najlepiej jest mieć zmianę z samego rana. Pierwsze trzy szychty jeszcze w miarę jak lordowie się na tych dwóch miejscach pomieszczą. Reszta niestety niepotrzebnie kupowała samochody.

Powiedzmy jednak, że jesteśmy w gronie tych szczęściarzy, którzy co prawda musieli wstać o szóstej i namordować się w porannych korkach, ale za to mają panowie szlachta miejsce parkingowe, tylko po to, żeby wyjść z pracy prosto w popołudniowe korki i wrócić do domu równo z tymi, co i tak mieli na popołudnie. Co dalej? Wbijamy na open space i wybieramy sobie celę, którą chcemy zająć i śmiejemy się w duchu do rozpuku z tych, co mają na popołudnie i będą zapieprzać po całym hotlinie w poszukiwaniu choćby jednego wolnego miejsca, a później to już będziemy jawnie rechotać z dwudziestego z kolei frajera, który tak się cieszy, że znalazł wolny fotel w rewelacyjnej lokalizacji, bo wiemy już od co najmniej godziny i dziewiętnastu frajerów, że nie działa na tym stanowisku komputer.

Rozsiadamy się wygodnie w fotelu. Gwoli ścisłości w piątym fotelu, bo z rana mamy ten luksus, żeby znaleźć jakiś wygodny, w którym działają regulacje oparcia, a nawet może trafić się taki, który ma sprawnie regulowane podłokietniki i nie skrzypi niczym podłoga w horrorze klasy B. No nie pogadasz pan, jest luksus - korpo ma gest. Jakoś w grudniu była nawet akcja, żeby wadliwe fotele przewiązywać taką srebrną tasiemką, żeby odpowiednie służby później wiedziały od razu które są do wymiany. Mam jednak wrażenie, że cała akcja miała na celu po prostu przyozdobienie hotlinu tanim kosztem na święta, bo wstążki utrzymały się do Trzech Króli, a rozwalone fotele znacznie dłużej.

Jak już zatopimy się zmysłowo w czułych objęciach korporacyjnego krzesła, to... ale o tym w następnej części. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza