piątek, 24 listopada 2017

O czym nie usłyszysz w reklamach, czyli były korpoludek radzi cz.3


W zasadzie to już wcześniej powinienem zacząć od tego, co jest najważniejsze w korporacyjnej orce. Najistotniejsze jest jak wiadomo dobro szeregowego pracownika, elastyczny grafik, absolutny brak nadgodzin, wzajemne zaplatanie warkoczy, popołudniowe leżakowanie i comiesięczna fluoryzacja zębów. Niewykluczone, że coś pokręciłem, bo jednak już kilka miesięcy upłynęło od mojej ostatniej wizyty w miejscu, gdzie spotyka się serdeczność ludzi po dwóch stronach słuchawki, tworząca swoistą tęczę łączącą ludzkie serca. Tak naprawdę najważniejsze jest rozplanowanie sobie przerw. 


"Pokaż mi swoje przerwy w korpo, a powiem ci kim jesteś" - jak mawiał jeden słynny myśliciel. A nie. To jednak drugi słynny myśliciel mawiał, ale oni mi się zawsze mylą. Pauzy w niekończącym się, telekomunikacyjnym dialogu popularnie nazywa się "auxami". Zresztą wszystko w korporacji ma swoją unikatową nomenklaturę. Kiedy człowiek wchodzi pierwszy raz do call center, to pierwszą myślą jest przeważnie (zaraz po "Co ja tu kurwa robię?") "Ogarnięcie grypsery we Wronkach było mniej więcej jak nauczenie się czytanki o Ali, Ma i Kocie w porównaniu do wykucia "Anny Kareniny"...w oryginale, co trzecie słowo, od tyłu. W końcu jak na dzień dobry słyszy się zdanie "Wrzuć się na jakiegoś auxa, ogarnij zetenki, jest away, więc możesz to zrobić na czwórce, tylko pamiętaj na oddzwonkach, że nie ma już lowa", to się zaczyna człowiek zastanawiać, w którym miejscu Słowacki popełnił błąd, że jego język nie przetrwał próby czasu. Wróćmy jednak do auxów. Należy je precyzyjnie rozplanować - poranna kawa, szybkie śniadanko, jakieś siku, coś na ciepło w połączeniu z robieniem drugiej kawy, być może jeszcze jedno siku, zaplatanie warkoczy koleżance i coś musi zostać na koniec, bo jak się pewnie domyślacie, nie ma tak, że wybija ci koniec zmiany, przerywasz połączenie i rzucasz się w wir wielkiego miasta. Wychodzisz, jak skończysz ostatnią rozmowę, która przecina godzinę graniczną. Co za tym idzie? Należy zostawić sobie jakieś dzisięć minut przerwy, żeby się na nią wrzucić po ostatniej rozmowie przed godziną zero. Jako świeży pracownik boleśnie się dowiedziałem o tym, że odebranie rozmowy np. za pięć szesnasta - w stu procentach skutkuje nawinięciem się klienta, który właśnie zauważył, że coś mu się w fakturach nie zgadza, a konkretnie szesnaście groszy. Po czterdziestominutowej analizie okazuje się, że w 2009 roku klient nie dopłacił końcówki faktury i na każdej fakturze ma wyszczególnioną niedopłatę owych szesnastu groszy. Kolejny kawałek świata naprawiony. Kolejne czterdzieści minut z życia oddałeś na ołtarzu religii GSM. Oczywiście taką rozmowę kończy zazwyczaj tekst w stylu "To nie mogliście zadzwonić osiem lat temu, że wam się nie zgadza, złodzieje?" czy coś w ten deseń. Tak jest, jeżeli kończysz o szesnastej. Jak kończysz o dwudziestej trzeciej, to odebranie połączenia "za pięć", to stuprocentowa szansa na trafienie trafionego już zdrowo jegomościa, który zawsze ma pytanie w stylu "A jaki macie dla mnie tablet?" i godzinne przedstawianie oferty, przeplatane cominutowym "A nie może być taniej?", kończąca się zawsze "To ja się zastanowię i jak będę potrzebował, to zadzwonię". Super. Najpewniej jutro o 22:55. W każdym razie przerwy są ważne do rozplanowania według podanego schematu. Chyba że... Chyba że ktoś pali. Wtedy nie ma problemu. Winda, fajka, winda - razem niecałe cztery minuty. Dzielimy łączny czas przerw przez cztery minuty i wychodzi nam ile razy możemy zajarać w ciągu dnia. Oczywiście zostawiając dziesięć minut na koniec. 

Skoro już wspomnieliśmy o fakturach, to przykazanie drugie:

Przykazanie drugie: "Bez doktoratu z księgowości nie podchodź do faktur"

Czy da się prościej napisać fakturę telekomunikacyjną? Da się. Czy w najbliższym czasie planuje się prostsze pisanie faktur? Nie planuje się. Zresztą nie tylko faktury za "komórki" są tworzone przez nawalonego, wesołego Czecha wespół z trzeźwym, śmiertelnie poważnym Chińczykiem. Spójrzcie na rachunki za gaz (szczególnie jak ogrzewacie szałas gazem), prąd i inne takie. Faktura to nie wywiad rzeka z braćmi Mroczek na półce przed świętami, żeby cię od razu miało zachęcić do lektury. Faktura to dzieło, które ma Cię zniechęcić do wnikania, co nabroiłeś ze swoim telefonem na spółkę po pijaku. Kilka rubryczek w netto, cośtam w brutto, szesnaście pozycji, nadpłata, niedopłata, okres rozliczeniowy, rata sprzętowa... szczęk odbezpieczanej broni, wystrzał - kolejna ofiara hydry telefonii na koncie. Bardzo istotne jest, że te faktury są jak najbardziej prawidłowe i zgodne z Twoją umową (no w 99,5% przypadków, bo błędy też się zdarzają). Najtrudniejsze zawsze do uwierzenia jest to, że nie ma w sieci specjalnego komanda, które rano losuje pięć tysięcy abonentów i dopisuje im dodatkowe kwoty na fakturach. Najczęściej faktura wyższa niż nominalny abonament to wynik zwykłej niewiedzy abonenta - niewiedzy zrozumiałej jak najbardziej, ale jednak niewiedzy. Nie sądzę bowiem, żeby kilkudziesięcioletni abonent, który właśnie dostał swojego pierwszego smartfona miał świadomość (choć zdarzają się niezwykle świadome "dziewięćdziesiątki" - poważnie, szacun!), że istnieje coś takiego jak WAP, sms premium i inne takie, że wystarczy kliknąć coś w telefonie, który krzyczy że masz szesnaście wirusów - napraw natychmiast! i już mamy na ten przykład kilka ziko do faktury dziennie. Finalnie to Ty drogi abonencie jesteś winien, bo nikt nie kazał ci klikać w badziewie. To nie operator Ci włącza smsy od wróżki, robisz to Ty i zupełnie niezależna od operatora firma, specjalizująca się w takim syfie. Operator jest tylko pośrednikiem. Czy na tym zarabia? I to jak! Dlatego też w standardzie przy podpisywaniu każdej umowy i aneksu masz odblokowaną możliwość korzystania z usług premium. Oczywiście, że sieć na Twoje żądanie założy Ci natychmiast blokady. Póki jednak żądania nie ma... Rekordziści potrafią sobie stworzyć rachunek na naście tysięcy. Chcecie poznać najprostszą drogę do takiego piekła? Służę uprzejmie. Bierzecie jednego, świeżego smartfona z kartą sim na abonament w środeczku. Nic nie blokujecie (albo nawet nie wiecie, że cokolwiek powinniście), instalujecie jakąś kolorową grę dla dziecka i... dajecie pograć w nią dziecku właśnie. Ubolewam okrutnie nad stanem wiedzy trzylatków na temat mikropłatności w grach, jednak póki co standardem jest fakt, że dziecko szybko dochodzi do tego, że kliknięcie w dany kwadracik dodaje mu trzysta diamentów... a Tobie trzysta, z tym że do faktury. Ok, to premki mamy ogarnięte. Blokować! Przez infolinię, przez konto abonenckie w necie, przez kody smsowe, cokolwiek, ale blokować! No chyba, że ktoś musi na radyjko smska codziennie puścić, to spoko, na własne ryzyko. 

Gdzie czai się następny diabeł? Zaraz za piątym kotłem po lewej. Już prawie za granicą, a właściwie to po prostu za granicą. Czy jak wymówicie takie związki wyrazowe jak "rozmowa międzynarodowa" i "roaming" to brzmią one podobnie? Nie? Bo to nie jest to samo! Niestety Twoje zdziwienie nadejdzie wraz z rachunkiem. Szybki kurs zatem. Żeby doszło do rozmowy roamingowej musisz spełnić podstawowy warunek - być poza granicą kraju Twojego operatora. Choć też nie do końca, bo mówiąc precyzyjnie - musisz być połączony z nadajnikiem zagranicznego operatora. Co to się oznacza. To się oznacza, że będąc przy granicy kraju (dajmy na to gdzieś na głębokiej suwalszczyźnie), jest szansa że znajdziesz się bliżej nadajnika na Litwie, niż w Polsce i wtedy już jesteś w roamingu. Upraszczając jednak - jesteś poza granicami kraju - to jest roaming. Wtedy obowiązują Cię roamingowe stawki, czyli upraszczając po raz kolejny - na terenie UE dzwonisz za free (o ile Twój abonament zakłada rozmowy krajowe za free, a większość obecnie tak właśnie zakłada, choć nie wszystkie. Jeżeli na przykład masz w taryfie płatne smsy, to w roamingu UE też za nie płacisz). Poza Uniom Europejskom, licznik kręci się jak szalony. Najzabawniejsze (lub też tak naprawdę najtragiczniejsze) historie jakie słyszałem, to te znad morza. Leżysz sobie w Chałupach, ubrany jedynie w bryzę i z zachwytem obserwujesz przepływający nieopodal prom. Dzwonisz zatem do mamy i dzielisz się z nią swoim błogostanem... za jakieś kilkanaście złotych za minutę, albowiem właśnie połączyłeś się z nadajnikiem promowym, który jest taryfikowany drożej niż telefon do Rosji (a mało co jest taryfikowane drożej niż telefon do batiuszki Wladimira). Mamy ogarnięty roaming? To siup do rozmowy międzynarodowej. Najprościej? Dzwonisz z Polski za granicę. Przy czym niekoniecznie fizyczna granica ma tu znaczenie. Bardziej narodowość karty sim na którą telefonujesz. Kilka przykładów: 

a) klasyka rocka - masz telefon w polskiej sieci, siedzisz w Zgierzu, dzwonisz do koleżanki Niemki (choć to obecnie już prawie zbrodnia), która siedzi w Berlinie, trzymając przy uchu telefon z niemiecką kartą sim. Klasyczna rozmowa międzynarodowa - niemal zawsze dodatkowo płatna (choć bywały abonamenty oraz są pakiety, które zawierają darmowe minuty) i to niemal zawsze powyżej zeta za minutę. 

b) trochę awangardowy jazz - masz telefon w polskiej sieci, leżysz w Zgierzu na koleżance Niemce, która ma telefon z niemiecką kartą sim i dla jaj do niej dzwonisz... mimo, że jesteście tak blisko, że bliżej już się fizycznie nie da, to jest to rozmowa międzynarodowa!

c) kompletny odjazd i underground - masz telefon w polskiej sieci, leżysz w Zgierzu na koleżance Niemce, ale dla przyzwoitości chcesz zadzwonić do żony, która przebywa służbowo na Madagaskarze i ma telefon w polskiej sieci... I co? I dla ciebie jest to rozmowa krajowa! Za free, ale z poprzednich akapitów już wiemy, że żona jest w roamingu, więc płaci za połączenie odebrane wg taryfy danej strefy międzynarodowej (od free w UE do jachtu za minutę, jeżeli akurat leży pod kapitanem promu.

Proste nie? 

To co? Mam pisać dalej, czy już macie dość?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza