poniedziałek, 26 marca 2018

W końcu historia prawdziwa - kronika Długosza na trzeźwo - tom VII



Tak sobie gawędzimy od jakiegoś czasu o historii mniej lub bardziej regularnie. Ostatnio powiadają, że mniej, ale nasze dziedzictwo to nie angielski rzeczownik, żeby miało być regularne. Tak jak ścieżki ziemi naszych ojców (choć mój ojciec to w zasadzie jedyny kawałek ziemi, jaki posiadał, to działka w ogródkach pracowniczych imienia Feliksa Dzierżyńskiego, przemianowanego w późniejszych czasach na "Jutrzenkę", a niedługo zapewne na Mariusza Błaszczaka, bo patronem ogródków musi być jakiś job twaju mat mąż stanu, żeby ludzie wiedzieli, że rzodkiewka wychylająca swój różowy łeb z ziemi to krew pot, łzy i przewodnia rola partii. Poza tym tak naprawdę to nawet nie mój ojciec tę działkę posiada, a matka, która pozwala mu łaskawie ciągnąć po niej bronę, bo konia nie mamy i tu dochodzimy do sedna tematu, ale nie uprzedzajmy zdarzeń) były kręte, krwią zroszone, naznaczone cierpieniem dżdżownic zadeptanych butem najeźdźcy, tak i historia nasza bywa pokręcona i niełatwa do ogarnięcia. 

I my o tej historii trochę tak jednostronnie piszemy, bo raczej w rolach głównych są mężczyźni i Karolak, a jak już się przewija kobieta, to raczej w roli matki królów, czy innego inkubatora władzy. Otóż basta! Przecież historia Polski, to historia kobiet. Prawda? I ja wiem, że wszyscy krzyknęli "Prawda! Prawda!", a z grubsza i tak kojarzymy tylko Skłodowską, że odkryła polon i każdy Polak był rad. Wiem też, że teraz z oburzeniem krzyczycie, że przecież jeszcze Szymborska - panie, nobla dostała, nasza wielka poetka! A co napisała? A czy to ważne? Wałęsa dostał nobla i też nikt nie wie, co napisał - do tego stopnia, że IPN od dwudziestu lat próbuje się dowiedzieć i niewiele z tego wynika. Reasumując - nie ukrywajmy, że jeżeli chodzi o kobiety w historii Polski to wiemy, co zawdzięczamy pani Curie i znamy kilka nazwisk innych kobiet. Pora to zmienić i oddać hołd wybitnym babeczkom na osi czasu tej umęczonej (głównie wiecznym ględzeniem) ojczyzny. 

Na pierwszy ogień weźmy wspomnianą Skłodowską. Maria jej było i odkryła dwa pierwiastki. Dziś nie wyobrażamy sobie, jak moglibyśmy żyć bez radu i polonu, ale kiedyś ludzie ich nie znali, przez co żyli w nędzy, czego dowodem jest, że Hugo napisał "Nędzników" w 1862, a nasza noblistka swoich odkryć dokonała w 1898. W obecnych czasach jej zasługi nie są już takie oczywiste, a to wszystko dlatego, że w Białymstoku przez wiele lat biuro poselskie Platformy mieściło się przy ulicy Skłodowskiej. Jeszcze nie wiadomo czy jedynie odbiorą jej ulicę, czy też symbolicznie ją posmiertnie rozstrzelają za zdradę. 

Albo weźmy na ten przykład Wandę Rutkiewicz. Można się spierać na temat himalaizmu i jego sensu, ale nie ma to sensu od kiedy dwadzieścia milionów Polaków w ciągu jednego weekendu habilitowało się ze wspinaczki wysokogórskiej. Dobrze wiemy, że dwóch doktorów habilitowanych nie jest w stanie dojść do porozumienia, czy do Manufaktury to lepiej przez Włókniarzy, czy przez Kościuszki, a co dopiero dwadzieścia milionów... Grunt, że sobie kobieta po górach pochodziła i gdyby za himalaizm dawali nobla, to ja bym jej dał, bo odwaliła dla tego kraju kawał dobrej roboty. Najważniejsze jednak wydarzyło się w odległej krainie, w sali balowej ogromnego zamczyska, gdzie akurat chłopaki w luźnych strojach wybierali swojego kierownika. I oni nie mogli się zdecydować, któren jeden będzie dobry, bo wszyscy byli dobrzy. Nagle dotarła do nich wiadomość (a trzeba wam wiedzieć, że oni jak wybierają kierownictwo, to są odcięci od wiadomości, więc pewnie ktoś im ją przekazał, przywiązując karteczkę do łapki tresowanego szczura Kleofasa), że jakaś baba weszła na Mount Everest, i że to Polka. Zamyślili się i doszli do wniosku, że może właśnie Polak by się nadał. Tak właśnie wybrali papieża. Serio mówię. 

Na koniec nie sposób wspomnieć o kobiecie, która jest symbolem. Głównie dla naszych matek, ale nie tylko. To ona sprawiła, że od lat siedemdziesiątych słusznie minionego wieku, panie wychodząc z domu, czuły się jak damy, idące na spotkanie ze swoim Napoleonem. Pamiętacie dlaczego? Tego was nie nauczą z podręczników. Fioletowy flakonik w kształcie bliżej nie określonym (taka trochę ładniejsza buteleczka, niż ta od maggi), a w niej zapach całej zepsutej Francji, a raczej krakowskiej sutereny, bo właśnie tam produkowano Panią Walewską. Oczywiście w PRL-u (jak i dziś, a także w ciągu całej historii świata), kobietom zazwyczaj trafiali się napoleonowie głównie wzrostowi, z resztą już gorzej. Pamiętajmy jednak, że to Maria Walewska wyrwała bodaj najpotężniejszego wówczas faceta na świecie, a jej duch unosił się w niemal każdej polskiej łazience...

P.S. W dzisiejszych czasach trzeba pisać, że żart to żart i się tłumaczyć ze swoich zamierzeń. Otóż osobiście uważam, że kobiety odegrały i odegrają w naszej historii mega ważne role i ten tekst to autentyczny dla nich głęboki ukłon ode mnie. A że w innej stylistyce pisać nie potrafię, to jest jaki jest... :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza